Fiasko kampanii powietrznej wymierzonej w Państwo Islamskie. 6 powodów

Trwająca już dłuższy czas kampania powietrzna przeciwko ISIL/ISIS/IS – najpierw w Iraku, a następnie w Syrii - nie przynosi oczekiwanych korzyści. Coraz liczniejsze są głosy, które wskazują, że bez interwencji lądowej nie da się zniszczyć Państwa Islamskiego (kalifatu). Biorąc pod uwagę oczekiwania polityczno-wojskowe, operacja powietrzna jest całkowicie nieefektywna. Jakie są tego przyczyny?

1. Zbyt małe siły

Mimo że w akcję zaangażowanych jest wiele państw, nie tylko z grona NATO, które na pozór wydzieliły dużą liczbę statków powietrznych, środki są nader skromne. Jeśli odliczymy samoloty dedykowane do transportu powietrznego albo rozpoznania, okaże się, że maszyn stricte bojowych wykonujących uderzenia jest relatywnie niewiele.

Reklama

Do tego dochodzą jeszcze ograniczenia krajowe - bardzo często jest tak, że misje zagraniczne obwarowane są pewnymi obostrzeniami, jakie poszczególne kraje narzucają swoim kontyngentom. Tak jest i teraz.

Przykładowo: niektóre kraje zawęziły akcje bojowe jedynie do Iraku, a z kolei kanadyjski komponent powietrzny do niedawna wykonywał jedynie loty transportowe.

2. Zbyt mała intensywność nalotów

Liczba samolotów przypadająca na jeden dzień "bojowy" nie poraża. Niektórzy nawet twierdzą, że nie można mówić o kampanii, skoro intensywność akcji lotniczych jest znacząco mniejsza w porównaniu z wszystkimi dotychczasowymi kampaniami powietrznymi. Liczba lotów bojowych ogranicza także przestrzeń - maszyny uderzeniowe rozlokowane są daleko od celów, co wymusza długotrwałe i kosztowne loty (nawet z 2-3 tankowaniami powietrznymi).

F-22 Raptor czy Rafale wykonują misje w sposób efektowny, ale w ogólnym rachunku mało efektywny - w tym kontekście mówi się o potrzebie nalotów z małą prędkością i na niskim pułapie, z długim czasem "wiszenia" nad zadanym rejonem (stąd głosy o potrzebie wykorzystania bojowego szturmowych A-10 Warthog).

3. Problemy z rozpoznaniem i identyfikacją celów

Nie dość, że maszyn bojowych nie jest wiele, a intensywność lotów niska, to jeszcze znacząca część akcji bojowych nie kończy się rozpoznaniem, identyfikacją i zniszczeniem celów - wiele  samolotów uderzeniowych wraca do bazy z podwieszonymi ładunkami. Wyraźnie wskazać tu należy adaptację sił bojowych ISIL/IS do warunków kampanii powietrznej.

Istnieje sporo elementów, które powodują, że struktury administracyjne i bojowe kalifatu nie ponoszą istotnego uszczerbku w wyniku wielotygodniowej akcji bojowej. Pomijając już fakt, że naloty nie mogą zneutralizować finansowania kalifatu ani odzyskać terenu, to także w skali globalnej bojownicy odnoszą marginalne straty w potencjale bojowym. Naloty są uciążliwe, ale zasadniczo podjęto kroki ku temu, żeby zminimalizować ich skuteczność - utrudnić rozpoznanie, identyfikację i sam proces bombardowania.

To ostatnie jest oczywiście najtrudniejsze, jako że używana jest wyłącznie amunicja precyzyjna, ale nie jest niemożliwe - można się "wtopić" w tłum lub otoczyć "żywymi tarczami" z zakładników, żeby uniknąć ataku.

W wyniku adaptacji bojowników do nowych warunków można wskazać, że:

- wiele obiektów infrastrukturalnych zostało zniszczonych, co ukazywane jest statystycznie za sukces, podczas gdy były już nieużytkowane bądź opuszczone. Przykładowo pojawiają się głosy, że bombardowane obozy szkoleniowe zostały już opuszczone - zostało przewidziane ich zniszczenie i podjęte odpowiednie kroki zaradcze, np. przeniesiono ich infrastrukturę i personel w inne miejsca.

- bojownicy rozproszyli się w terenie i wtopili w ludność cywilną, co utrudnia, bądź całkowicie uniemożliwia, skuteczne rozpoznane i identyfikację z powietrza (via samoloty, bezzałogowce i satelity). Z budynków czy obozów zniknęły czarne flagi radykałów, zaprzestano wykorzystywania telefonów komórkowych i radia, zminimalizowano przemieszczanie się w dzień, zaczęto rutynowo ukrywać sprzęt i ludzi (np. wozy bojowe pod mostami) itd.

W efekcie wiele misji kończy się powrotem do bazy z podwieszonym uzbrojeniem. Tornada RAF-u wykonały na przykład pięć kolejnych misji bez zrzutu bomb i dopiero szósta misja zakończyła się atakiem i zniszczeniem celu. W skrajnych ocenach twierdzi się nawet, że jedynie ok. 10 proc. misji bojowych kończy się skutecznym atakiem na cele (zrzuceniem bomb).

Do tego dochodzi brak efektywnego wywiadu (np. w Syrii) i skutecznego naprowadzania z ziemi (kontrolerzy z sił specjalnych JTAC (Joint Terminal Air Controllers) zwiększyliby skuteczność misji, ale na razie nie ma mowy, żeby takowi pojawili się np. na terenie Syrii).

Wszystko to powoduje, że łańcuch identyfikacji i niszczenia celów - tzw. kill-chain - jest  skomplikowany i nieefektywny. W zmieniającym się środowisku walki piloci zazwyczaj nie mają pełnej taktycznej świadomości sytuacyjnej, co prowadzi często do zaniechania ataku, jeśli nie ma stuprocentowej pewności, że to autoryzowany cel (np. pikap z bojownikami ISIS/IS).

4. Ograniczenia obiektywne wynikające z natury akcji powietrznej

Misje powietrzne ze swojej natury nie mogą uderzyć w system finansowy oraz rekrutacyjny kalifatu, a to właśnie te dwa elementy są niezwykle istotne i stanowią o sile ISIS/IS. Bez akcji lądowej nie można także prowadzić rekonkwisty na ziemi. Podkreśla się, że po dwóch miesiącach kampanii powietrznej nie odbito z rąk fundamentalistów ani jednego miasta (bo tego lotnictwem fizycznie zrobić się nie da) - de facto terytorialny stan posiadania ISIS/IS nie zmniejszył się (vide publikowane regularnie przez "Institute for the Study of War" mapy Iraku).

Mając nieograniczone finansowanie i struktury lokalne kontrolujące teren można bez trudności prowadzić rekrutację i uzupełniać przerzedzone atakami z powietrza szeregi. W tym kontekście sukcesy taktyczne nie mają przełożenia na wymierne sukcesy strategiczne.

5. PR zamiast osiągania celów strategicznych

Operacja powietrzna nie realizuje zakładanych celów strategicznych, a ma się wrażenie, że w niektórych krajach polityka i piar jest celem samym w sobie (np. dla Baracka Obamy jest to strategia "przetrwania" problemu, z kolei dla Paryża promowanie własnego sprzętu - samolotów Rafale etc.).

Emerytowany amerykański generał, James M. Dubik, na łamach "Washington Times" powątpiewał w sierpniu w skuteczność kampanii powietrznej nad Irakiem podkreślając, że najpewniej nie zrealizuje ona zakładanych głównych celów strategicznych - utrzymania jedności Iraku i zniszczenia ISIS/IS. Atak na pozycje fundamentalistów oceniał jako konieczny, ale niewystarczający (necessary but not sufficient). Także inni eksperci i oficerowie już wówczas wskazywali, że administracja Obamy nie ma strategicznej wizji "co dalej", a zakładanych celów nie da się osiągnąć bez operacji lądowej.

Inny emerytowany generał, Dell Dailey, ekspert w operacjach specjalnych i kontrterrorystycznych, stwierdził, że wydanie rozkazu ataków powietrznych bez planu, pokazuje, że Waszyngton nie ma przemyślanej, racjonalnej, strategicznej wizji konfrontacji (shows a lack of strategic vision). W tym kontekście trudno mówić o czymś więcej, niż sukcesie taktycznym (a i ten jest dość wątpliwy), jeśli szacuje się, że po dwóch miesiącach kampanii zabito kilkuset islamistów (są szacunki mówiące o zabitych 500-550 bojownikach, głównie ISIS/IS), wobec 20-30 tys.

6. Koszty operacji

Nie można nie wspomnieć o kosztach operacji, które są ogromne i w dłuższej perspektywie mogą mieć przełożenie na kluczowe decyzje, np. o kontynuacji lub przedłużeniu misji. Waszyngton poinformował oficjalnie, że dzienny koszt operacji nad Irakiem i Syrią wynosi 7-10 mln USD. O ile dla Stanów Zjednoczonych koszty nie wydają się elementem kluczowym, to jednakże mogą być znaczącym obciążeniem dla krajów sojuszniczych, o istotnie mniejszym potencjale finansowym, np. Danii, czy Holandii itd.

W dłuższej perspektywie czasowej mogą podnieść się głosy o marnowaniu pieniędzy podatników. Dla ilustracji problemu można powołać się na przykład jednej z francuskich akcji: dwa Rafale wykonujące atak musiały tankować trzykrotnie, żeby zrzucić 4 bomby kierowane laserowo GBU-12 na skład zaopatrzeniowy; dodatkowo w operację zaangażowany był rozpoznawczy Atlantique 2 (notabene samoloty rozpoznawcze wykonują długotrwałe misje).

Oczywiście koszty generuje także samo użycie amunicji precyzyjnej (bomb i rakiet), m.in. GBU-12, Paveway IV, Brimstone, nie wspominając o pociskach manewrujących. Ten problem został już zauważony. Przykładowo: na łamach "The Guardian" ukazał się z końcem września artykuł o znamiennym tytule "Bombardowanie ISIS będzie daremne - i kosztowne" (Bombing Isis will be futile - and expensive).

R. Norton-Taylor przypomina na wstępie, że operacje powietrzne nie były decydujące dla sukcesu w żadnym z dotychczasowych konfliktów (często były kontproduktywne, nazbyt kosztowne, a czasami miały skutki uboczne, jak np. w Libii, gdzie bombardowania magazynów wojskowych spowodowały ogólną dostępność środków typu MANPADs dla różnych organizacji paramilitarnych i terrorystycznych), a następnie wylicza szacunkowe koszty stosowania broni precyzyjnej: rakieta Brimstone 100 tys. funtów, bomba Paveway IV 30 tys., pociski manewrujące Storm Shadow ok. 790 tys.

Marcin Gawęda

Najlepsze tematy