W Czarnobylu mogło być jeszcze gorzej

Skutki awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu mogły być o wiele gorsze niż tylko skażenie terenu wokół zniszczonego reaktora. Zaraz po katastrofie pojawiła się realna groźba kolejnego wybuchu, który uczyniłby z Europy poatomową pustynię.

Bezpośrednim rezultatem awarii, do jakiej doszło nocą 26 kwietnia 1986 roku w Czarnobylu był pożar, który objął zniszczony przez wybuch blok nr. 4 elektrowni. Do walki z ogniem ruszyła na samym początku straż pożarna, której po kilku godzinach udało się zdusić płomienie. Ekipy gaśnicze uporały się z największymi ogniskami pożaru, lecz nie mogły poradzić sobie z dziwacznym żarem, który wciąż tlił się w zgliszczach zniszczonej konstrukcji.  Były to stopione resztki rdzenia reaktora (tzw. korium) i znajdującego się w nim grafitu. Przypominały one lawę i emitowały ogromne ilości śmiercionośnego promieniowania, lecz walczących z pożarem strażaków nikt nie poinformował o niebezpieczeństwie. Większość z nich zapłaciła za to życiem.     

Reklama

Helikoptery nad Czarnobylem

Nad ranem 26 kwietnia stało się jasne, że rozmiary katastrofy są wręcz niewyobrażalne. Aby choć trochę powstrzymać promieniowanie należało niezwłocznie schłodzić i ugasić tlące się w rumowisku radioaktywne szczątki. Postanowiono wykorzystać w tym celu piasek, glinę, kwas borowy, węglik boru i dolomit, które zrzucane były na zgliszcza reaktora przez wojskowe śmigłowce. Łącznie do 30 kwietnia zużyto ponad 6 tys. ton środków gaśniczych, lecz sytuacji nie udało się opanować. Co prawda żar nieco przygasł, lecz zrzucone materiały ograniczyły dopływ powietrza i temperatura w ruinach reaktora zaczęła niebezpiecznie wzrastać. Żeby ją obniżyć zdecydowano się na zrzucanie z powietrza ołowiu, który topiąc się miał absorbować ciepło i równocześnie zalewać rumowisko. Z początku wydawało się, że zabieg ten okazał się skuteczny i  temperatura w resztkach reaktora wyraźnie spadła. Optymizm był jednak przedwczesny.   

Groźba kolejnego wybuchu

Roztopiona mieszanina grafitu, resztek rdzenia i ołowiu zaczęła wtapiać się w betonowe podłoże zniszczonego reaktora, pod którym znajdowały się zbiorniki na wodę. Pojawiło się ryzyko, że jeśli stopiona masa radioaktywnych szczątków zetknie się z wodą, wówczas dojść może do kolejnego, jeszcze większego wybuchu. Eksplozja byłaby porównywalna z detonacją bomby atomowej o mocy 3 - 5 megaton i uwolniła ogromne ilości promieniowania. Tak wielkie, że - jak twierdziła część specjalistów - znaczna część Europy przestałaby nadawać się do zamieszkania. To był najbardziej krytyczny moment podczas całej operacji w Czarnobylu.  

Aby uniknąć niebezpieczeństwa, straż pożarna przystąpiła do wypompowywania wody z zagrożonych zbiorników. Mimo wysiłków, komór nie udało się jednak opróżnić całkowicie. Na ich dnie wciąż pozostało sporo wody i nikt nie miał pomysłu, jak się jej pozbyć. W tej sytuacji trzech pracowników elektrowni na ochotnika zgłosiło się do samobójczej misji. Mężczyźni zanurkowali w zbiorniku i odkręcili znajdujące się w nim zawory. Wszyscy zmarli później na skutek napromieniowania.

Groźbę eksplozji udało się chwilowo oddalić, lecz gorące resztki reaktora wciąż wtapiały się w podłoże i nadal istniało ryzyko, że zetkną się one z wodami gruntowymi. Zespół usuwający skutki katastrofy postanowił więc, że pod fundamentem reaktora należy wydrążyć dodatkową komorę, w której zainstalowana zostanie aparatura chłodząca, wykorzystująca ciekły azot. Miała ona ostatecznie obniżyć temperaturę szczątków i zatrzymać ich przenikanie w głąb ziemi.    

Do pracy ruszyła armia 10 tys. górników. W rekordowym czasie 36 dni, pracując nieprzerwanie 24 godziny na dobę wydrążyli oni tunel o długości 150 m oraz komorę o boku 30 i wysokości 2 m. Podczas prac temperatura w ruinach w końcu jednak spadła i ostatecznie zdecydowano, że zamiast instalacji chłodzącej, lepiej będzie wypełnić nową komorę betonem. W ten sposób stworzono dodatkową warstwę, która zabezpieczyła fundament reaktora od spodu i uniemożliwiała stopionym szczątkom dalsze wnikanie w podłoże. Górnicy zdążyli w samą porę, bo gorące resztki reaktora zdołały już przepalić strop i runęły do opróżnionego wcześniej zbiornika na wodę. Nikt nie miał pewności czy się w nim zatrzymają. Dopiero gdy to nastąpiło, można było przejść do kolejnego etapu operacji – usuwania radioaktywnego gruzu z otoczenia elektrowni i budowy nad zniszczonym blokiem betonowego sarkofagu.   

Zastygła masa radioaktywnych szczątków do dziś znajduje się w pomieszczeniu pod dawnym reaktorem. Jej ciężar szacowny jest na kilkaset ton, a ze względu na kształt i charakterystyczne spękania na powierzchni została ona nazwana „stopą słonia”. W jej skład wchodzi m.in. nieznana przed czarnobylską katastrofą substancja określana mianem czarnobylitu. W 1986 mogła ona doprowadzić do katastrofy, której skutki byłyby dla ludzkości wręcz niewyobrażalne.  

AN

Dowiedz się więcej na temat: katastrofa w Czarnobylu | Czarnobyl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje