Reklama

Do 2030 r. połowa ludzkości nie będzie miała dostępu do wody pitnej

Już za kilkanaście lat nadejdzie niespotykany do tej pory "kryzys wodny". Naukowcy ostrzegają, że od 2030 r. ilość zużywanej przez ludzkość wody słodkiej będzie równa jej zasobom.

Na Ziemi mieszka obecnie ponad 7 mld ludzi. Wielu z nich cierpi z powodu pragnienia i chorób wywoływanych spożywaniem zanieczyszczonej wody. Problem ten dotyka głównie Afryki i Azji - tamtejsze społeczności każdego dnia muszą pokonywać ogromne odległości, by zdobyć choć trochę wody.

Reklama

Kwestia niedoboru wody jest czymś abstrakcyjnym dla mieszkańców Europy i Ameryki Północnej. Gotując, myjąc się, zmywając - każdego dnia zużywamy ogromne ilości wody, często ją marnując. Jeżeli nic się nie zmieni, już za kilkanaście lat problemy z dostępem do wody pitnej będą mieć jednak wszystkie narody świata.

Ubywa wody

Woda pokrywa niemal 71 proc. powierzchni globu, ale jedynie 2,5 proc. z tego to woda słodka. Stwarza to ogromne problemy dla mieszkańców tych regionów świata, gdzie jest problem z dostępnością wody słodkiej. Za głównego winowajcę braku życiodajnego płynu uznaje się powszechnie globalne ocieplenie. Klęski żywiołowe, takie jak powodzie i susze, doprowadzają do tego, że kolejne społeczności są odcinane od źródeł wody pitnej.

Spożywanie wody niezdatnej do picia często kończy się wystąpieniem poważnych zatruć, a nawet śmierci. Zanieczyszczenie wody przez metale ciężkie, pochodzące ze ścieków przemysłowych, występuje przede wszystkim w Argentynie, Bangladeszu, Chile, Indiach i Meksyku.

W Bangladeszu aż 20 proc. zasobów wody pitnej skażone jest arszenikiem. U spożywających ją osób dochodzi do zmian skórnych, podwyższenia ciśnienia tętniczego, bezpłodności, a także rozwoju licznych nowotworów. W Chinach konsumpcja skażonej wody wiąże się z występowaniem "choroby czarnej stopy", czyli martwicy wywołanej schorzeniem naczyń krwionośnych.

W 2030 r. nie będzie co pić

Podczas niedawnej konferencji w Budapeszcie, poświęconej problemom dotyczącym gospodarki wodnej, w ciągu najbliższych dekad problem dostępu do wody pitnej ulegnie nasileniu. Apogeum kłopotów może nastąpić jeszcze przed 2030 r.

Sekretarz generalny ONZ, Ban Ki-Moon, przedstawił ponurą, ale realną wizję świata. Południowokoreański polityk wyjawił, że w ciągu najbliższych 20 lat "kryzys wodny" dotknie ponad połowy mieszkańców Ziemi.

"Mimo że na Ziemi jest sporo wody, to niewielki jej procent nadaje się do spożycia. Ta, która może być konsumowana, jest marnotrawiona. To poważne ostrzeżenie dla nas, by zmienić sposób korzystania z niej. W przeciwnym razie w 2030 r. ponad połowa ludzkości będzie zmagać się z problemem dostępu do wody pitnej" - powiedział Ban Ki-Moon serwisowi RT.com.

Aby zapobiec globalnej katastrofie, wszystkie zagrożone kraje muszą połączyć siły i wspólnie stanąć do walki z poważnymi niedoborami wody pitnej. Każda próba zażegnania kryzysu przez pojedyncze państwo zakończy się spektakularną porażką. Kontrolując stopień zanieczyszczenia wody w jednym kraju, nie mamy władzy nad tym, co dzieje się w innym.

"Woda jest marnotrawiona i kiepsko wykorzystywana we wszystkich sektorach na całym świecie. Oznacza to, że poszczególne kraje muszą współpracować, by osiągnąć przyjazne dla środowiska rozwiązanie" - stwierdził koreański polityk.

Według najnowszych obliczeń, dzisiejsze zapotrzebowanie na wodę jest znacznie wyższe niż jej dostawy.  Za kilkanaście lat popyt może aż o 40 proc. przewyższyć dostawy. Jako że jedna osoba zużywa rocznie średnio ok. 1700 m sześciennych wody, stabilność dostaw dla połowy mieszkańców naszej planety może zostać zachwiana jeszcze przed rokiem 2030.

Odsalanie nie pomoże

Rozwiązaniem problemu niedoboru wody pitnej mogłyby być coraz skuteczniejsze metody odsalania wody morskiej. Mogłyby, gdyby nie to, że światowe oceany również są zagrożone przez tzw. śmiertelną trójkę: globalne ocieplenie, zakwaszenie oraz ubytek tlenu. To sprawia, że wody w oceanach również ubywa.

Oceany stale ogrzewają się, w związku z czym coraz więcej gatunków ryb migruje w stronę biegunów. Poza tym spływające do mórz ścieki i nawozy sztuczne przyczyniają się do zakwitów alg, pozbawiając wody tlenu. Coraz wyższe stężenie dwutlenku węgla w atmosferze sprawia, że znacznie więcej węgla trafia do wód oceanicznych i tym samym je zakwasza.

"Ryzyko pogorszenia stanu oceanów było do tej pory bagatelizowane. Skala i tempo zaburzeń powodowanych przez zakwaszenie jest bezprecedensowa z naszej historii. Śmiertelna trójka znacznie wpływa na produktywność i efektywność oceanów" - stwierdził Alex Rogers z Uniwersytetu Oxforda.

Negatywny wpływ na oceany jest widoczny na całym świecie. Obecne warunki panujące w oceanach są podobne do tych sprzed 55 mln lat, z okresu PETM (paleoceńsko-eoceńskie maksimum termiczne), kiedy to miało miejsce masowe wymieranie gatunków.

Jeżeli temperatura oceanów podniesie się o dodatkowe 2 stopnie, może dojść do zatrzymania wzrostu koralowców. Wzrost temperatury o 3 stopnie sprawi, że koralowce będą się rozpuszczać. To sprawi, że za kilkanaście lat nawet woda morska nie będzie nadawać się do spożycia.

Według danych UNESCO, już teraz z powodu ograniczonego dostępu do wody pitnej na świecie cierpi ponad miliard osób.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje