Ludzkość w niebezpieczeństwie, kończą nam się pokłady wody pitnej

W niektórych miejscach na świecie woda jest cenniejsza od złota /AFP

Ponad 70 proc. naszej planety jest wypełnione wodą, choć do picia nadaje się nie więcej niż 3 proc. Wykorzystać możemy jeszcze mniej, bo połowa wspomnianych trzech procent jest zamrożona w lodowcach. To oznacza, że dla 7,5 mld ludzi na świecie zostaje zaledwie jeden procent wody pitnej. Czy kiedyś nam jej zabraknie?

Reklama

Prognozy są alarmujące. Liczba ludności na Ziemi stale rośnie, a ilość wody pitnej maleje. Obecnie ponad 880 mln ludzi na świecie cierpi z powodu braku dostępności do czystej wody pitnej, a do roku 2025 r. liczba ta wzrośnie aż do 1,8 mld. Biorąc pod uwagę szacunki ONZ zakładające, że do 2050 r. na naszej planecie będzie aż 9 mld ludzi, liczby mogą być jeszcze bardziej przerażające. A przecież zgodnie z rezolucją ONZ z 28 lipca 2010 r. prawo do czystej wody oraz sanitariów uznano za jedno z podstawowych praw człowieka. Dlaczego tak o nią trudno w świecie zdominowanym przez wszechobecną technologię?

Woda (nie) wszędzie taka sama

Woda wodzie nierówna. Ta użyta do produkcji napojów bezalkoholowych ma różne pochodzenie w zależności od miejsca świata. Woda zawarta w indyjskiej Coca-Coli to w istocie woda deszczowa, podczas gdy na Malediwach wykorzystuje się oczyszczoną wodę morską. Woda używana w celach przemysłowych musi mieć tak różnorodne pochodzenie, bo od kilku lat obserwujemy globalny kryzys słodkowodny.

Reklama

Ale jak to możliwe? Przecież ponad 70 proc. powierzchni Ziemi wypełnia woda, a jej objętość pozostaje stała. W morzach i oceanach jest 1,4 mld km3 wody, w lodowcach ponad 24 mln km3, a pod ziemią zamkniętych drugie tyle. Powinno starczyć dla każdego. Niestety, 97,5 proc. wody morskiej nie nadaje się do spożycia przez ludzi. A ponieważ z roku na rok wzrastają średnie temperatury powietrza i zużycie wody słodkiej, nakładamy na przyrodę coraz większą presję, której nie jest w stanie sprostać.

Specjaliści szacują, że zapotrzebowanie na wodę na świecie do roku 2050 wzrośnie o 55 proc. Dużą część tych wymagań pochłania rolnictwo, które stanowi 70 proc. światowego zużycia wody. Aby wykarmić rosnącą liczbę mieszkańców naszej planety, produkcja żywności będzie musiała wzrosnąć o 69 proc. do 2035 r. To nie wszystko. Oczekuje się, że woda wykorzystywana w energetyce, choćby do chłodzenia elektrowni, wzrośnie o ponad 20 proc. Oznacza to, że w ciągu najbliższych 20 lat będziemy zużywać jeszcze więcej wody. Obserwacje NASA wykazały, że coraz więcej źródeł słodkiej wody jest na tyle szybko zużywanych, że przyroda nie nadąża z uzupełnianiem braków.

21 spośród 37 największych na świecie aquiferów (podziemnych kolektorów wody o zmiennych granicach, zlokalizowanych w skałach) maleje. Zatoka Gangesu w Indiach pomniejsza się rocznie o 6,31 cm, ze względu na rosnące zapotrzebowania ludności i nawadnianie. Jay Famiglietti z NASA ostrzega, że "nie ma nieskończonej ilości wody".

Tymczasem w niektórych rejonach miasta Meksyk, zbudowanego na terenach bagnistych zajmowanych niegdyś przez jeziora, stoi rocznie ponad 20 cm wody. Ponieważ pod miastem znajduje się duży aquifer, efekt jest jak picie napoju przez słomkę. Niegdyś równe ulice teraz są pofałdowane. Miasto Meksyk importuje 40 proc. swojej wody, Ramon Aguirre Diaz, szef wydziału dystrybucji wody Mexico City obwinił za ten stan rzeczy "coraz silniejsze opady, które powodują coraz więcej powodzi, ale także coraz więcej okresów suszy".

Historia powtarza się także w Kalifornii. W latach 2011-2016 r. stan ten cierpiał z powodu najcięższych suszy od 1200 lat. Nagle, w pierwszych trzech miesiącach 2017 r., spadło aż o 228 proc. deszczu więcej, niż w normalnych warunkach. W ciągu dwóch miesięcy jezioro Oroville w północnej części stanu zwiększyło poziom wód z 41 do 101 proc., co skutkowało przeciążeniem zapór i ewakuacją 188 tys. lokalnych Amerykanów.

Nawet gdy susza kończy się równie spektakularnie jak w Kalifornii, aquifery nie są wypełniane od razu, przywracając właściwy balans w podziemnych rezerwuarach słodkiej wody. Aby wypełnić wysuszone aquifery Kalifornii potrzebne byłyby aż 4 lata ponadprzeciętnych opadów deszczu. A w czasach globalnego ocieplenia i coraz bardziej chaotycznych zmian pogodowych, nie można tego oczekiwać.

Wojna o wodę

Jakie konsekwencje dla świata może mieć zmniejszona dostępność do wody pitnej? Niektórzy specjaliści twierdzą, że niedobór wody na świecie doprowadzi do wojen. Dr Peter Engelke z "Atlantic Council" uważa, że niektóre konflikty zbroje tak naprawdę już teraz są podyktowane brakiem dostępności do wody pitnej. W latach 2007-2010 r. Syria doświadczyła jednej z największych suszy w historii, w wyniku której wielu mieszkańców społeczności wiejskich musiało przenieść się do miast, gdzie zaczęli być szykanowani i marginalizowani.

Anders Berntnell, dyrektor 2030 Water Resources Group, organizacji zajmującej się zasobami wodnymi, sugeruje również wykorzystanie problemu dostępności świeżej wody przez Boko Haram i Al-Shabaab. Młodzi ludzie zdają sobie sprawę, że w wyniku braku zasobów naturalnych, nie można uprawiać ziemi i nie ma dla nich przyszłości. Stają się plastyczni na sugestie, łatwiej ich radykalizować. Wszystko to zwiastuje ponurą przyszłość. Ale jest dla nas ratunek. Niektóre kraje wypracowały dobre rozwiązania pozwalające walczyć z niedoborem świeżej wody. Reszta świata może się od nich uczyć.

Richard Damania, główny ekonomista World Bank Water Practice, były wykładowca z Uniwersytetu w Adelaide przytacza Australię jako "złoty standard". Kluczem do sukcesu Australii w dystrybucji wody było ustalenie jej ceny i uczynienie z niej towaru handlowego.

- Przypuśćmy, że miałem wodę wykorzystywaną do uprawy pszenicy. Inni hodują winogrona lub towary o wyższej wartości od pszenicy, ale nie mają wody. W pewnym momencie mogłem sprzedać tę wodę zamiast nawadniać roślinę o niższej wartości. W ten sposób Australia przetrwała światowe susze całkiem dobrze - wyjaśnił Damania.

Innym "złotym standardem" jest Izrael, który uważa dostępność wody za kwestię bezpieczeństwa narodowego. Dzięki recyklingowi ścieków pochodzących z gospodarstw domowych, w tym ścieków gospodarczych, zakład oczyszczania ścieków w Shafdanie w pobliżu Tel Awiwu dostarcza do celów rolniczych ok. 140 mln m3 wody, które są w stanie zapewnić nawodnienie terenowi o powierzchni 50 tys. hektarów. Ponad 40 proc. wody wykorzystywanej w Izraelu do rolnictwa jest pochodzi z opadów. Ścieki są także wysyłane do zakładów fermentacji beztlenowej, które wykorzystują metan jako paliwo do produkcji energii ze źródeł odnawialnych.

- Jeżeli Izrael - kraj położony na pustyni - może to zrobić, może zrobić to każdy. Potrzebne są jednak odpowiednie technologie, zasoby ekonomiczne i polityczna determinacja - powiedział Berntell.

 Izraelskie systemy uzdatniania wody odzyskują 86 proc. wody z kanalizacji. Następny najlepszy kraj pod tym względem - Hiszpania - zaledwie 19 proc. Izrael jest ponadto światowym liderem odsalania, czyli przekształcania wody morskiej w pitną. Ponad połowa izraelskiej wody pitnej pochodzi z procesów odsalania.

Ratunek w odsalaniu?

Czyżby zatem rozwiązaniem światowego kryzysu słodkowodnego był proces odsalania? Niestety, nie jest to takie proste. Proces odsalania jest stosunkowo drogi, nakłady energetyczne potrzebne do przeprowadzenia procesu spore, a coś jeszcze trzeba zrobić z odprowadzoną solą. Jeżeli spojrzymy na zdjęcia lotnicze wybrzeży Kuwejtu i Dubaju, które są silnie uzależnione od odsalania, zobaczymy spustoszenie, które proces ten wywołuje w ekosystemach morskich. Biorąc pod uwagę koszty, zarówno ekonomiczne, jak i ekologiczne, odsalanie wody jest rozwiązaniem tylko w nielicznych miejscach.

Prostszym i tańszym rozwiązaniem jest wychwytywanie deszczówki. To stary pomysł wykorzystujący to, co nieuniknione: opady atmosferyczne. Cysterna Bazyliki, największa z kilkuset starożytnych cystern, zbudowana na rozkaz cesarza Justyniana, znajdująca się pod Stambułem, może pomieścić 80 tys. m3 wody deszczowej. 1500 lat później w wielu miejscach świata próbuje się stworzyć podobne cysterny.

Największy zbiornik na wodę deszczową w Melbourne może przechowywać 4 mln litrów wody częściowo oczyszczonej. Bermudy, Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych czy indyjski stan Kerala wymagają, aby wszystkie nowe budynki były wyposażone w zbiorniki na deszczówkę. Singapur natomiast zaspokaja aż 30 proc. potrzeb wodnych dzięki zbieraniu deszczówki. Nawet w Manchesterze, gdzie średnio 12 dni w każdym miesiącu pada, podejmowane są próby uchwycenia wody deszczowej.

Kampus Birley zbudowany w 2014 r., w którym mieści się ok. 6500 studentów i pracowników naukowych, chce być całkowicie samowystarczalny w wodę, odzyskując deszczówkę. Ta jest magazynowana w zbiorniku o pojemności 20 000 litrów i jest wykorzystywana w prysznicach i przy spłukiwaniu toalet. Rachunki za wodę w kampusie Birley są o 60 proc. niższe niż w przypadku czerpania wody tylko z wodociągów.

Czy wody kiedyś zabraknie?

Globalne ocieplenie może sprawić, że niebawem nawet woda morska nie będzie nadawać się do spożycia. Podniesienie temperatury oceanów o dodatkowe 2 stopnie spowoduje zatrzymanie wzrostu koralowców, a o kolejne 3 stopnie skończy się masowym rozpuszczaniem tych organizmów. To ponura przyszłość, której trudno będzie zapobiec. Dlatego tak ważne jest racjonalizowanie zasobów wody pitnej oraz znalezienie nieznanych wcześniej jej rezerwuarów. Dobrymi kandydatami są komety i asteroidy, których przechwycenie planuje wiele firm prywatnych oraz organizacje rządowe, takie jak NASA. Powodzenie takiej misji może mieć nie tylko znaczenie czysto naukowe - jak się powszechnie uważa - ale także polityczne. Zapasy wody przetrzymywane na orbicie okołoziemskiej lub w niedalekim sąsiedztwie naszej planety mogą mieć sens, zwłaszcza w sytuacji, gdy woda pitna będzie cenniejsza niż złoto.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje