Reklama

Kiedy rozpadnie się Antarktyda?

Foki, niedaleko Bazy Scotta, Antarktyda /AFP

W okolicy bieguna południowego znajdują się ostatnie nietknięte rajskie ogrody ziemi: obszary lodowca szelfowego wielkości Europy. Dziś 52 kraje tworzą tam ogromny obszar podlegający ochronie. Jednak szósty kontynent czekają wkrótce dramatyczne zmiany...

Krótko po godzinie dwunastej pasażerowie Grigorija Michejewa milkną i patrzą przejęci przed siebie. Biały jak śnieg rosyjski statek polarny prześlizguje się między potężnymi połaciami kry na Oceanie Południowym, gdy nagle przed jego dziobem wynurza się majestatycznie ogon humbaka...

Reklama

Taki widok może wkrótce ukazywać się oczom przybyszów częściej – w październiku 2016 roku zapadła bowiem przełomowa decyzja: 24 odpowiedzialne za Antarktykę państwa i Unia Europejska po wielu latach negocjacji zawarły porozumienie o objęciu od 1 grudnia 2017 roku całkowitą ochroną 1,55 miliona kilometrów kwadratowych antarktycznego Morza Rossa.

Akwen ten ma powierzchnię Polski, Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii razem wziętych! Na większości tego obszaru zakazane będzie również rybo­łówstwo, a na reszcie – zostanie ono radykalnie ograniczone.

Klejnot Oceanu Południowego

Ten jeden z ostatnich niemal dziewiczych zakątków świata jak najbardziej zasługuje na taką ochronę. Odległe Morze Rossa uchodzi za klejnot Oceanu Południowego, z prawdziwie rajską, dziką przyrodą.

Takiej flory i fauny nie znajdzie się już praktycznie nigdzie. Żyją tu niezli­czone gatunki zwierząt, w tym kaszaloty, płetwale błękitne, orki, humbaki, lamparty morskie, połowa światowej populacji fok Weddella, jedna trzecia pingwinów Adeli i czwarta część pingwinów cesarskich.

Mroźny Eden

To pierwszy tego rodzaju „rezerwat” na wodach międzynarodowych. Jego ustanowienie jest dla organizacji zajmujących się ochroną dziedzictwa przyrodniczego jednym z najistotniejszych wydarzeń minionych dziesięcioleci.

– To porozumienie jest punktem przełomowym dla Antarktyki – mówi Chris Johnson, biolog morski współpracujący z World Wide Fund for Nature (WWF). – Jest niezwykle ważne nie tylko ze względu na niewyobrażalną wielość gatunków zamieszkujących ten rejon ziemi, ale też na stan światowych mórz w dobie zmian klimatycznych.

Dużą część Morza Rossa pokrywa warstwa lodu dorównująca powierzchnią Francji. Tak zwane pokłady lodowca szelfowego tworzą spoinę pomiędzy wrogą organizmom pustynią lodową na lądzie i życiodajnymi prądami oceanu. – Tam jest naprawdę jak w rajskim ogrodzie.

I to położonym w jednej z najmniej gościnnych okolic naszej planety – mówi Greg Stone, biolog z New England Aquarium w Bostonie. Na grubej miejscami na pół kilometra pokrywie lodowej żyje mimo chłodu i niedoboru światła około 1000 gatunków samych tylko alg.

Bioróżnorodność jest tu większa niż w wielu innych morzach polarnych: miliony istot kryją się w labiryncie powstałym z lodowych rozpadlin i żywią się planktonem. Miejscowe ryby, takie jak dorszyk polarny (sajka), stanowią podstawę pożywienia wielu większych zwierząt.

Ta delikatna równowaga natury utrzymuje się wyłącznie dzięki pływającym połaciom lodu. Dla naukowców dostęp do tego raju jest do dziś bardzo trudny.

– W naszych badaniach wciąż znajdujemy się na początku – mówi biolog morski Hauke Flores z Instytutu Alfreda Wegenera. Jego koledzy odkryli tam jeszcze jedną niezwykłość: najstarsze zwierzę świata, gąbkę olbrzymią, Anoxycalyx joubini, liczącą sobie aż 15 000 lat i mierzącą prawie dwa metry wysokości.

Znane także jako „vulcano sponge” stożkowate stworzenie ma najwolniejszą przemianę materii ze wszystkich przedstawicieli fauny na ziemi – czasami przez dziesiątki lat w ogóle nie rośnie.

Dla porównania: najstarsze sosny długowieczne mają obecnie 5000 lat – i uchodzą za najdłużej żyją­ce w świecie roślin. Lodowemu ogrodowi Eden grozi jednak niebezpieczeństwo, któremu nawet przełomowe porozumienie dotyczące ochrony może nie zapobiec...

Góra lodowa 15 razy większa od Krakowa

Najgwałtowniejsze narodziny w przyrodzie poprzedza cichy chrobot. W ciągu sekund nabrzmiewa on do potężnego grzmotu, słyszalnego z odległości wielu kilometrów. Z gigan­tycznym trzaskiem, jak przy łamaniu setek pni drzew, niebiesko­biały pejzaż rozpada się: góra lodowa odłamuje się i z falą o sile tsunami przemieszcza na otwarte morze – to tzw. cielenie się, częsty widok na krawędziach lodowca szelfowego.

Obecnie jednak na Antarktydzie spodziewany jest rozłam wykraczający poza ludzką wyobraźnię: w podróż swojego życia ma zamiar wyruszyć gigant o powierzchni 5000 kilometrów kwadratowych! – Góra lodowa wisi niemal na włosku – wyjaśnia geofizyk Adrian Luckman.

Już tylko szeroki na 20 kilometrów „most” scala kolosa z lodowcem Larsen C, a tym samym z południowym kontynentem. Kwestią dni lub tygodni jest pęknięcie także tego połączenia...

Pośrodku bezkresnej bieli lodowej tafli rozciąga się szczelina, której początku ani końca nie da się dojrzeć nawet z samolotu. – Rozpadlina ma łącznie prawdopodobnie 160 kilometrów długości i od 300 do 500 metrów głębokości – mówi Martin O’Leary z Uniwersytetu w Swansea.

Wieża Eiffla zmieściłaby się w niej półtora do dwóch razy. Pęknięcie wydłuża się w imponującym tempie: w grudniu przybywało mu 600 do 700 metrów dziennie.

Odpowiedzialnością za tę katastrofę na biegunie południowym obarcza się ciepłe prądy, które od dołu wytapiają w lodzie coraz większy tunel.

Lodowy korek od szampana

Co się jednak stanie, gdy góra lodowa wreszcie oddzieli się od szóstego kontynentu? Żaden badacz nie odważy się przedstawić ostatecznej prognozy. Prawdopodobnie początkowo poziom morza na świecie się nie zmieni, w końcu po oceanach pływa już ogromna masa lodu. Ale skutki długoterminowe będą zatrważające.

– Nasze obliczenia wskazują, że reszta pokrywy lodowej zostanie wytrącona z równowagi – wyjaśnia Adrian Luckman. W końcu utraci ona nagle od wschodu dziesiątą część swojej masy.

Istnieje niebezpieczeństwo, że pozostały fragment popęka w innych miejscach i kawałek po kawałku rozpadnie się. Taki los spotkał sąsiednie powierzchnie lodowca szelfowego, nazwane przez naukowców Larsen A i Larsen B. Byłby to koniec lodowego raju w tej części Antarktydy...


Ale to nie wszystko: jeśli zabraknie ochronnego klina, sytuacja może przypominać wystrzelenie korka z butelki szampana. Lodowce Półwyspu Antarktycznego graniczące z Morzem Weddella pozbawione działającej jak zapora pokrywy lodowej mogą zapaść się bez przeszkód do oceanu. A gdy osunie się cały lód utrzymywany przez obszar Larsen C w Antarktyce, poziom mórz na świecie może się podnieść o 10 cm.

Do tej pory jednak do tego nie doszło: – Dopiero za kilka lat lub nawet dziesięcioleci zaczniemy dostrzegać ostateczne skutki katastrofy – wyjaśnia Luckman. Wcześniej jedna z największych kiedykolwiek zaobserwowanych gór lodowych z ogłuszającym hukiem wpadnie do wody i wyruszy w podróż na północ. A wraz z nią mroźny raj u jej stóp.

Będzie płynąć tak długo, dopóki z niegdysiejszego olbrzyma nie pozostanie nic poza paroma kostkami lodu...

Czy kontynent może się rozpaść?

W ubiegłych miesiącach rozpadlina w lodowcu Larsen C gwałtownie się wydłużyła. To kwestia czasu, kiedy góra lodowa 15 razy większa niż Kraków oddzieli się od kontynentu i zacznie od niego oddalać.

Odpowiedzialne za to są najprawdopodobniej ciepłe prądy morskie, wytapiające od dołu pokrywę lodową. Największa do tej pory góra lodowa świata, tzw. B-15, która odłączyła się właśnie od lodowca szelfowego Rossa, miała powierzchnię 11 000 kilometrów kwadratowych.

Sprawdź, o czym jeszcze można przeczytać w nowym numerze "Świata Wiedzy"

Świat Wiedzy

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: antarktyda

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje