Reklama

Czy ta torba może zniszczyć świat?

Jest czarna, waży 20 kilogramów i zawsze znajduje się w pobliżu prezydenta Stanów Zjednoczonych – tzw. Nuklearna Futbolówka zawiera klucz do unicestwienia naszej cywilizacji. Jest przy tym zaskakująco łatwa w obsłudze...

Od momentu, w którym prezydent Stanów Zjednoczonych opuszcza Biały Dom, adiutant nie odstępuje go ani na krok. Ten żołnierz w stopniu co najmniej majora, reprezentujący jeden z pięciu rodzajów wojsk i posiadający najwyższy certyfikat bezpieczeństwa "Yankee White 1", jest najważniejszym tragarzem świata. Trzyma w ręku coś w rodzaju przepisu na zniszczenie świata: tak zwaną nuklearną futbolówkę. Za jej pomocą prezydent USA, będący zwierzchnikiem amerykańskich sił zbrojnych, mógłby za jednym zamachem wyeliminować wszystkich swoich wrogów. Kraj ten dysponuje co najmniej 4000 głowic atomowych, z których około 1500 uchodzi za gotowe do natychmiastowego użycia...

Czy "czerwony guzik" naprawdę istnieje?

Reklama

Na pierwszy rzut oka torba renomowanej firmy Zero Halliburton robi skromne wrażenie: ot, czarna skóra naciągnięta na aluminiowy stelaż. W nuklearnej futbolówce - inaczej, niż widzimy w hollywoodzkich filmach - nie ma wielkiego, czerwonego guzika, który odpala międzykontynentalne pociski balistyczne. Zawartość walizki służy raczej identyfikacji jej użytkownika oraz komunikacji z wojskowym centrum dowodzenia amerykańskich sił zbrojnych. Po jej otwarciu głowa państwa uzyskuje dostęp do licznych scenariuszy ataków militarnych: od selektywnego zniszczenia aż po uderzenie z maksymalną mocą. Pułkownik Robert "Buzz" Patterson opisuje to jako pewien rodzaj "karty wyboru, jak menu w restauracji szybkiej obsługi", a więc możliwość zrównania z ziemią na przykład Moskwy, Teheranu i Pjongjangu, ale bez Damaszku.

Skrócone menu jest spuścizną po prezydencie z lat 1977-1981, Jimmym Carterze. Mimo że był on inżynierem fizyki jądrowej, a jako żołnierz służył na atomowym okręcie podwodnym, walizka zawierająca kilka kilogramów skomplikowanej dokumentacji była według niego kiepskim rozwiązaniem. Dlaczego?

Gdyby doszło do sytuacji kryzysowej, a nuklearne pociski balistyczne wroga rzeczywiście były już w drodze, pozostałoby tylko parę minut do namysłu. Taka sytuacja rodem z politycznego dreszczowca mogłaby dopaść przywódcę w środku nocy albo pod prysznicem - osamotniony w swojej decyzji musiałby wtedy rozważyć, czy ufa technice oraz agencjom wywiadowczym i czy skaże miliony ludzi na unicestwienie. Presja psychiczna, z którą szef amerykańskiego rządu musi się zmierzyć w takim momencie, jest niewyobrażalna. Doświadczył tego John F. Kennedy jesienią 1962 roku...

Rankiem 16 października 35. Prezydent Stanów Zjednoczonych dowiaduje się, że Związek Radziecki zainstalował na Kubie atomowe pociski balistyczne i w ciągu kilku minut może unicestwić nie tylko Waszyngton, ale także najważniejsze amerykańskie ośrodki przemysłowe. Kryzys kubański to najgorętszy moment zimnej wojny - i narodziny nuklearnej futbolówki. Dla przypomnienia: oba uzbrojone po zęby mocarstwa, USA i Związek Radziecki, obowiązuje doktryna nieuniknionego wzajemnego zniszczenia (ang. Mutually Assured Destruction; w skrócie MAD, co w tłumaczeniu na język polski oznacza "szalony"). Zgodnie z nią Stany Zjednoczone, nawet po skutecznym ataku atomowym Sowietów, muszą być jeszcze w stanie odpalić tyle rakiet z głowicami jądrowymi, aby unicestwić jedną trzecią ludności przeciwnika oraz dwie trzecie jego przemysłu.

Czy Rosjanie planują uderzyć pierwsi? W sytuacji gdy na Kubie, jedynie 140 km od Florydy, pojawia się broń nuklearna, amerykańscy generałowie ledwie trzymają nerwy na wodzy. - Co musiałbym powiedzieć wojskowemu centrum dowodzenia, aby rozpocząć natychmiastowy atak jądrowy? I co zrobi osoba na drugim końcu linii telefonicznej, aby zweryfikować moje polecenie? - pyta Kennedy swój sztab. Odpowiedzi sprawiają, że oblewa go zimny pot: brak odpowiednich mechanizmów kontrolnych nie tylko otwiera drogę pomyłkom i nieporozumieniom, ale wręcz stwarza możliwość zagłady cywilizacji. Poza tym aż do kryzysu kubańskiego najpotworniejsza broń w dziejach ludzkości nie była nawet bezpiecznie "zamknięta": pilot czy dowódca okrętu podwodnego mógł użyć jej samowolnie. Krok po kroku prowadzi to do opracowania mniej podatnego na błędy łańcucha operacji, na początku którego znajduje się nuklearna futbolówka. A jeśli dziś prezydent Stanów Zjednoczonych zdecydowałby się na atak atomowy?  Pociski balistyczne mogłyby się wzbić w powietrze już kilka minut później... 

Ile znaków zwiastuje apokalipsę?

Kiedy prezydent USA potwierdzi w procedurze identyfikacji swoją tożsamość, to po upływie trwającej przepisowe 30 sekund konsultacji z najwyższymi rangą wojskowymi do wszystkich amerykańskich centrów dowodzenia na świecie oraz do załóg odpowiedzialnych za odpalenie rakiet, znajdujących się na przykład na okrętach podwodnych, wysyłana jest zaszyfrowana, składająca się z około 150 znaków wiadomość. Zawiera ona numer planu ataku, czas startu pocisków oraz różne kody służące do zwolnienia blokad zabezpieczających broń nuklearną. Za ich pomocą załogi otwierają sejfy, uzyskując w ten sposób dostęp do kluczy (czyli do kolejnych kodów), zaprogramowują cele i uruchamiają odliczanie do uderzenia. Formalnie sekretarz obrony

Stanów Zjednoczonych musi potwierdzić rozkaz prezydenta - ale nie ma przy tym prawa weta, chodzi jedynie o weryfikację tożsamości wydającego polecenie. A kiedy już poruszające się 24 razy szybciej niż dźwięk pociski znajdą się w powietrzu, ich zawrócenie jest niemożliwe...

Ale co ważąca 20 kilogramów walizka ma właściwie wspólnego z piłką nożną? Określenie to ma swoje korzenie w jednym z pierwszych planów jądrowych Stanów Zjednoczonych o kryptonimie "Dropkick" - pochodzącym od nazwy kopnięcia wykonywanego w futbolu amerykańskim. W torbie znajduje się także plastikowa karta z nuklearnymi kodami dostępu, nazywana "biszkoptem" (ang. "biscuit"). Prezydent ma ją ciągle w pobliżu. Chyba że nazywa się Bill Clinton. Ten w 2000 roku przez kilka miesięcy nie miał bowiem dostępu do swojego "atomowego ciasteczka" - jego adiutanci gdzieś je "zapodziali". Gdyby w tym czasie wrogie mocarstwo nuklearne zaatakowało USA, nie byłyby one w stanie odpowiedzieć...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje