Reklama

Kubańczycy dostaną komputery?

Kuba się zmienia. Izolowany latami od świata socjalistyczny skansen otwiera się z wolna na technologiczne nowinki. Komputery z dostępem do internetu mogą pomóc w zburzeniu reżimu, który pogrążył cały kraj w nędzy.

Kuba to kraj ludzi roztańczonych, ale jakby wiecznie znużonych, pogrążonych w ciągłym letargu. Ta uśpiona wyspa powoli budzi się jednak do życia. Czeka na zmiany, które już się zaczęły. Nowe-stare władze z Raulem Castro na czele, nie mogąc w nieskończoność ignorować rzeczywistości, zdecydowały się na pierwsze, nieśmiałe ustępstwa. Czy będzie to początek końca komunistycznej utopii El Comandante?

Zmęczona wyspa

Forsowany latami przez zaślepionego rewolucyjnymi frazesami Fidela Castro, skrajnie niewydolny, socjalistyczny model gospodarki pogrążył izolowaną od świata Kubę w biedzie. Sytuacja na wyspie stała się dramatyczna już z chwilą upadku Związku Radzieckiego - największego partnera handlowego Hawany - który dostarczał reżimowi Castro ropy naftowej i innych surowców niezbędnych dla funkcjonowania państwa.

Reklama

W warunkach permanentnego kryzysu i reglamentacji podstawowych produktów żywnościowych dostęp do komputerów, internetu czy telefonii komórkowej musiał być dla przeciętnego, karmionego na co dzień propagandową papką Kubańczyka czymś niewyobrażalnym. Kontakt z imperialistyczną nowoczesnością zarezerwowany był przecież jedynie dla nielicznych towarzyszy, którzy dzięki znajomościom i partyjnym koneksjom mogli pracować w hotelach goszczących zagranicznych turystów. Tych ostatnich zaczęło się zresztą pojawiać w minionych latach coraz więcej, ale zatrzymują się głównie w wydzielonych kurortach, które z kubańską rzeczywistością niewiele mają wspólnego.

Na Kubie zakazano sprzedaży większości urządzeń elektronicznych, takich jak telewizory czy lodówki (sic!), o komputerach nie wspominając. Dla komunistycznych władz był to z pewnością kolejny sposób na pozbawienie wątłej kubańskiej opozycji możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym, ale były też bardziej prozaiczne przyczyny rządowych ograniczeń. Otóż Kuba musiała się borykać z ciągłymi (sięgającymi 18 godzin na dobę!) przerwami w dostawach energii elektrycznej. Reżim wywnioskował najwyraźniej, że skoro w kraju i tak nie ma prądu, to po co komu telewizor czy internet...

Sytuacja na wyspie zaczęła się z wolna poprawiać z chwilą nawiązania przez Hawanę współpracy handlowej z nowym partnerem - Wenezuelą. Jej lewicujący, skrajnie antyamerykański prezydent Hugo Chavez postanowił w 2006 roku wesprzeć kubańską rewolucję i udzielił rządowi Castro niezbędnej pomocy gospodarczej. Wenezuelska ropa pozwoliła uruchomić generatory i Kubańczycy znów mogli cieszyć się względnie regularnymi dostawami prądu.

Równie doniosłym wydarzeniem w najnowszej historii Kuby było też wycofanie się z życia publicznego samego El Comandante. Latem 2006 roku sędziwy i schorowany wódz rewolucji przekazał władzę swemu młodszemu bratu Raulowi. W lutym 2008 Raul Castro ostatecznie objął stanowisko głowy państwa i od tej chwili to właśnie on decyduje o losach 11 milionów Kubańczyków.

Jedną z pierwszych decyzji nowego kubańskiego przywódcy była zgoda na sprzedaż zakazanych wcześniej komputerów, odtwarzaczy DVD i telefonów komórkowych. W kraju, w którym brakuje żywności, a przetrwanie zapewnia obywatelom głównie czarny rynek, decyzja ta musiała być prawdziwym wstrząsem. Władze szybko pokazały jednak, że nowoczesność nie może stać w sprzeczności z jedynie słusznymi ideałami kubańskiej rewolucji.

Już kilka dni po wydaniu przełomowego dekretu, rząd zablokował dostęp do popularnego blogu dysydentki Yoani Sanchez, która ośmieliła się kwestionować na swej stronie liczne obietnice składane przez młodszego z braci Castro. Głos w sprawie zagrożeń nowoczesności zabrał także sam El Comandante, który, choć od dawna nieobecny, wciąż otacza Kubę rewolucyjną opieką. Podczas zjazdu kubańskich artystów odczytano list, w którym Castro wyraził pogląd w kwestii dystrybucji imperialistycznej trucizny, za jaką uważa nawigację satelitarną i telefony komórkowe. El Comandante stwierdził:

"Ich sprzedaż to tylko kolejne zera w zyskach międzynarodowych korporacji. Niedługo nie będzie tajemnicą, co szepczą sobie pary na ławkach w parku. Czy życie oferowane przez imperializm ma jakiś sens"?

Na tak postawione pytanie ciężko znaleźć odpowiedź. Pewne jest jednak to, że niewiele sensu ma też życie, do jakiego zmuszeni są Kubańczycy. Przez kilka dni mogłem się temu absurdowi nieco przyjrzeć.

Bieda jawna i ukryta

Tym, co zauważyłem natychmiast podczas mojego krótkiego pobytu na Kubie, były puste drogi. Szerokimi ulicami z rzadka suną wiekowe cadillaki (pozostawiony przez uciekających w popłochu przed rewolucją 1959 roku Amerykanów turystyczny symbol Kuby), łady, kamazy, swojskie maluchy i inne wehikuły, które Kuba otrzymywała przez lata od tzw. narodów zaprzyjaźnionych.

Na wyspie brakuje paliwa i z tego względu transport samochodowy praktycznie nie istnieje. Ludzie, którzy chcą przedostać się z miejsca na miejsce, tłoczą się przy drogach (w grupach liczących nierzadko kilkadziesiąt osób) i sennie oczekują na auta z niebieską rejestracją. Pojazdy takie należą do rządu, a ich kierowcy mają obowiązek zabierać ze sobą tkwiących przy drodze podróżnych. Wszystko w imię rewolucyjnej równości wszystkich ludzi.

Kubańską biedę obserwować można też paradoksalnie w luksusowych hotelach dla zagranicznych turystów. Przybytki te na pozór nie różnią się zbytnio od tych, których pełno w bogatych europejskich kurortach. Szeroki hall, kawiarnie, sklepy z pamiątkami, basen - prawie tak, jak nad Morzem Śródziemnym. Sielankowy wizerunek rajskiej wyspy zburzyć może dopiero wizyta w hotelowej restauracji. Na pierwszy rzut oka wszystko jest tam w porządku - obserwowany z daleka szwedzki stół ugina się pod dziesiątkami potraw i przystawek, ale wystarczy podejść bliżej, aby przekonać się, że serwowane gościom rarytasy to często produkty absolutnie podstawowe: pokrojone w plasterki warzywa, ser czy kiełbasa smażona z cebulą.

Podobne doświadczenie spotkało mnie też w ekskluzywnej restauracji w centrum Hawany. Odnowione hiszpańskie wnętrze kolonialne, gra kapela, kelner nalewa wino i w chwilę później podaje danie główne. Na talerzu łyżka makaronu i kawałek wołowiny...

Wszystkie te produkty są dla przeciętnego Kubańczyka niedostępne i w tamtejszych realiach uchodzą za specjały wyjątkowe, przeznaczone dla turystów. Statystyczny mieszkaniec wyspy otrzymuje wszak miesięczną pensję stanowiącą równowartość kilku paczek papierosów, a żywność dostępna jest w większości przypadków na kartki.

Bieda najbardziej widoczna jest na prowincji, ale wystarczy odejść kilka przecznic od zabytkowego centrum Hawany, aby natknąć się na zalegających krawężniki apatycznych staruszków i biegające po ulicy półnagie dzieci. Jest dla nich wielkim szczęściem podarek w postaci kostki mydła lub kredek . Radość kubańskich dzieci może też wywołać zwyczajne... etui na okulary. Przejeżdżając przez mniejsze miejscowości byłem kilka razy zaczepiany przez ludzi, którzy usilnie prosili mnie o coś, kreśląc na dłoni niezrozumiałe dla mnie znaki. Okazało się, że Kubańczykom brakuje... długopisów i nierzadko całe wsie (o czym dowiedziałem się już później) nie dysponują niczym do pisania.

Technologie obalają reżim

Kubie zdecydowanie bardziej od komputerów i telefonów potrzebne są więc w tej chwili produkty najprostsze. Ludziom, którzy na co dzień muszą zmagać się z niedoborami żywności, z pewnością nie są niezbędne artykuły elektroniczne, ale to właśnie na nie (kierując się zapewne względami propagandowymi) postawił Raul Castro.

Być może ta decyzja okaże się jednak brzemienna w skutki i stanowić będzie początek końca skostniałego reżimu. Kubańczycy, mimo wysokich cen telefonów, już w kilka dni po wejściu w życie nowych przepisów gremialnie zaczęli kupować komórki. Można przypuszczać, że podobną popularnością będą się cieszyć także komputery i inne urządzenia. Informacji nie da się zatrzymać, a dystrybucji nowinek technicznych sprzyjał będzie z pewnością kwitnący na wyspie czarny rynek.

Dla totalitarnych dyktatur nie ma nic gorszego niż otwarcie na świat. Z chwilą gdy internet i telewizja pozwolą Kubańczykom przekonać się, jak bardzo życie w ich kraju różni się od standardów państw rozwiniętych, dni komunistycznego rządu mogą być policzone. Brak towarów to jedno, ale znacznie większe konsekwencje dla Kuby może mieć uświadomienie sobie przez jej mieszkańców faktycznej sytuacji, w jakiej znalazł się ich kraj. Może to właśnie dostęp do nowoczesnych technologii pozwoli Kubańczykom przekonać się, jak bardzo byli przez lata oszukiwani.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: dostęp | kraj | Kuba | komputery

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje