Test Marshall Stanmore

Chcąc zrobić coś dobrze w muzyce, nie sposób nie odnieść się do klasyki. Wie o tym Marshall, który ma w ofercie głośnik Bluetooth do złudzenia przypominający stary gitarowy wzmacniacz lub niewielki piecyk tranzystorowy. Czy Stanmore gra równie dobrze, jak wygląda?

Na początek wygląd, bo ten jest równie imponujący co sam dźwięk. Jak już wspomniałem, głośnik przypomina urządzenie sceniczne i robi to doskonale. Nie ma tu żadnej przesady. Konstrukcja jest drewniana i wykończona sztuczną skórą o charakterystycznej fakturze. Na froncie mamy piękną i mieniącą się kolorami maskownicę z logo producenta. Na górze mosiężną płytkę z analogowymi pokrętłami basu i tonów oraz przełącznikiem power on/off. Są również dwa przyciski umożliwiające wybór źródła dźwięku oraz dioda, która o tym źródle informuje. Wszystko zostało wykonane wzorowo i z ogromną starannością, dzięki czemu Stanmore będzie znakomicie prezentował się w większości wnętrz. Do wyboru mamy również trzy warianty kolorystyczne - czarny, biały oraz brązowy.

Reklama

Głośnik trudno jednak wrzucić do jednego worka z innymi produktami tego typu. Wszystko przez jego rozmiar, masę i zasilanie. Wyobraźcie sobie, że całość waży nieco ponad 5 kg, a jego wymiary to 350 x 185 x 185 mm. Bez trudu można go przewieźć samochodem, a nawet na upartego przenieść, ale... trudno nazwać go mobilnym. Nie zabierzecie go na biwak czy pod gołe niebo, ponieważ - oprócz niewygodnych gabarytów - wymaga stałego podłączenia do zasilania. Okazuje się, że Stanmore jest w zasadzie pokaźnych rozmiarów głośnikiem stacjonarnym.

We wnętrzu Marshalla znalazły się dwa głośniki wysokotonowe i subwoofer. Zapewniają one łącznie moc 80 W. To wystarczy, aby nagłośnić duży salon. Ja testowałem urządzenie w pokoju o powierzchni 18 m2. Komfortowa głośność - akceptowalna dla sąsiadów po 22-giej - była wówczas, gdy pokrętło na urządzeniu wskazywało 2-3 na 10-stopniowej skali. Zapas był więc imponujący - podobnie jak brzmienie. Głośnik radzi sobie po prostu ze wszystkim. Bardzo zadowoleni będą wielbiciele elektroniki czy hip-hopu, ale prawdziwa uczta czeka oczywiście miłośników gitar. Trudno się temu dziwić - marka zobowiązuje. Górę i dół można również dostroić przy pomocy pokręteł oraz equalizerów wbudowanych w multimedialne odtwarzacze.

Marshall Stanmore to rasowy wygląd i rasowe brzmienie. Najciekawsze jednak, że w tak klasycznej formie zamknięto nowe rozwiązania. W końcu mamy do czynienia z głośnikiem Bluetooth! Ale to wszystko w ogóle się nie kłóci. Wręcz przeciwnie. Z bananem na twarzy będziecie odpalać tę maszynę i łączyć z nią swojego smartfona, telewizor, iPada, iPoda, odtwarzacz mp3 czg gramofon. Zapewniam.

No właśnie. Co dokładnie znajdziemy w Stanmore i jak można to wykorzystać? Oprócz Bluetootha mamy wyjście mini jack, co oznacza, że do głośnika podepniemy kablem mnóstwo innych urządzeń. To jedna nie koniec. Wyjście optyczne umożliwia komunikację z telewizorem czy Apple TV. Jest nawet RCA! Brakuje tylko USB, aby móc jednocześnie ładować smartfona.

Wspomniałem już, że testowanego Marshalla trudno nazwać przenośnym głośnikiem. Trudno porównywać go z niewielkimi urządzeniami konkurencji. Traktowałbym go jako piękną, głośną, uniwersalną i świetnie brzmiącą alternatywę dla przeróżnych zestawów audio. Alternatywę, która nie tylko świetnie gra, ale zwyczajnie stanowi ozdobę chyba każdego wnętrza.

Dziękujemy firmie Hama Polska za udostępnienie sprzętu do testów redakcyjnych.

Dowiedz się więcej na temat: Marshall Stanmore | głośnik bluetooth

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje