Reklama

Od płyt winylowych do serwisów streamingowych

Przemysł fonograficzny przeżywał bardzo trudny okres, a gdy wydawało się, że gorzej już być nie może, nastąpiła prawdziwa katastrofa! Opracowano nowy format zapisu muzyki, a mianowicie MP3, który wręcz wywrócił do góry nogami wszystko, co leżało u podstaw fonografii. Największą zmianą było oderwanie muzyki od nośników fizycznych, czyli płyt winylowych, taśm magnetofonowych i płyt CD/DVD. MP3 to pliki komputerowe, których nie można wziąć do ręki ani zobaczyć, gdyż mają postać niematerialną. Można je za to zapisywać na twardym dysku komputera, kopiować, kasować i przesyłać przez internet. Ta ostatnia możliwość została wykorzystana przez twórców Napstera (niezwykle popularnego w latach 1999-2000 serwisu internetowego, umożliwiającego bezpłatną wymianę plików między wszystkimi, którzy mieli na to ochotę). Dzięki Napsterowi można było ściągnąć na swój komputer niemal dowolny utwór muzyczny, jaki był w sieci. Nastąpił więc czas anarchii - praktycznie bezkarnej formy powszechnie akceptowanego piractwa komputerowego, co w oczywisty sposób groziło upadkiem światowego przemysłu fonograficznego w jego dotychczasowej formie. Nic więc dziwnego, że koncerny muzyczne i muzycy ruszyli do kontrataku. Lars Ulrich, perkusista zespołu Metallica, wytoczył proces Napsterowi, a równocześnie prawnicy wytwórni płytowych zmusili szefostwo Napstera do zmiany formuły serwisu -pobierania opłat i odprowadzania tantiem z tytułu praw autorskich.

Reklama

Była to pierwsza poważna próba uporządkowania rynku muzycznego w dobie nagrań cyfrowych i gwałtownie rozwijającego się internetu. Jednak zwycięstwo nad Napsterem na niewiele się zdało, gdyż firmy fonograficzne i tak były w poważnym kryzysie i mało kto wierzył w powrót do starych dobrych czasów. Sprzedaż płyt systematycznie spadała, a w ślad za tym zyski wydawców i samych artystów, dla których głównym źródłem zarobków stały się koncerty. Wydawanie płyt zaczęto więc traktować bardziej marketingowo i prestiżowo. Służyło to głównie do wypromowania danego artysty i ściągnięcia na jego koncerty jeszcze większej publiczności. Rynek fonograficzny gwałtownie potrzebował nowych pomysłów, aby dalej funkcjonować. Nieoczekiwanie pomoc nadeszła ze strony producenta komputerów, firmy Apple, na której czele stał wówczas wizjoner Steve Jobs, późniejszy współtwórca wielu przełomowych urządzeń - iPodów, iPadów, iPhone’ów. Jobs wraz ze swoim zespołem stworzył genialny program iTunes do zarządzania i odtwarzania plików muzycznych. Niebawem Apple przedstawiło światu przenośne urządzenie iPod potrafiące te pliki odtwarzać. Popularność iPodów powtórzyła, a nawet przewyższyła popularność słynnych Walkmanów. Znów wróciła moda na słuchanie muzyki poza domem, a widok ludzi ze słuchawkami w uszach stał się powszechny.

Pozostała kwestia monetyzacji muzyki w formie plików. I w tym przypadku również dał znać o sobie geniusz Steve’a Jobsa. Charyzmatyczny szef Apple’a stworzył internetowy sklep iTunes Store, w którym za drobną opłatą (99 centów) można było pobrać dowolny utwór muzyczny. Początkowo branża i twórcy muzyki byli bardzo sceptycznie nastawieni do tego pomysłu, ale Jobs powoli przekonał ich do swojej koncepcji. W krótkim czasie iTunes Store odniósł oszałamiający sukces, sprzedając miliony utworów muzycznych - z czasem oprócz muzyki można było kupić także filmy, programy komputerowe, aplikacje, a nawet książki i czasopisma, oczywiście wszystko w formie elektronicznej. Apple zostało prawdziwym potentatem w sprzedaży treści cyfrowych. Zaledwie w rok od uruchomienia sklepu sprzedano w nim ponad 100 milionów utworów, a w ciągu następnych dziewięciu lat blisko 25 miliardów! Steve Jobs udowodnił, że znów miał rację, ale nie tylko Apple na tym zyskało - cała branża muzyczna znów złapała drugi oddech. Malejące zyski ze sprzedaży muzyki na tradycyjnych nośnikach firmy fonograficzne nadrabiały sprzedażą muzyki cyfrowej. Zyskali też artyści, gdyż otrzymywali pieniądze z tytułu praw autorskich. A zatem wszyscy w tym układzie są szczęśliwi i na tym historię fonografii można by zakończyć, gdyby nie nowy pomysł na dystrybucję muzyki. Pojawił się on dość nieoczekiwanie i całkiem niedawno. Mowa o serwisach streamingowych. Co to takiego? Najogólniej rzecz ujmując, są to olbrzymie zbiory utworów muzycznych, do których zyskujemy dostęp za stałą, niewielką opłatę miesięczną. Różnica między sposobem dystrybucji muzyki przez sklep iTunes Store a serwisy streamingowe jest taka, że u Apple’a trzeba zapłacić za każdy utwór lub płytę, którą pobieramy na twardy dysk swojego komputera czy innego urządzenia mobilnego, natomiast do serwisu streamingowego z muzyką (choć nie tylko) mamy stały, nieograniczony dostęp przez internet za pośrednictwem takich urządzeń, jak komputer, tablet, smartfon, a ostatnio także np. przez wzmacniacze czy amplitunery niektórych producentów. Utworów nie kupujemy, a po prostu słuchamy ich, kiedy chcemy i ile razy chcemy.

Moim zdaniem serwisy streamingowe są obecnie najwyższą formą ewolucji fonografii. Świadczy o tym zwiększająca się systematycznie ilość użytkowników przy jednoczesnym kurczeniu się dochodów iTunes Store ze sprzedaży muzyki cyfrowej. Apple ostatnio pośrednio przyznało się do tego, że streaming jest obecnie lepszą formą dystrybucji muzyki niż jej sprzedaż przez iTunes Store, gdyż niedawno wystartowało z własnym serwisem streamingowym - Apple Music. Zaledwie pięć tygodni po starcie miał on już 11 milionów użytkowników. Szefostwo Apple’a liczy na to, że kiedy nowa platforma w pełni dojrzeje, będzie miała aż 100 milionów płacących subskrybentów.

Informacja prasowa/INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: spotify | Deezer

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje