Reklama

Od płyt winylowych do serwisów streamingowych

Pierwsze próby stworzenia urządzenia, które byłoby w stanie zapisać dźwięk, a potem go odtworzyć, miały miejsce ok. 200 lat temu, ale za początek fonografii przyjmuje się 29 listopada 1877. Przez kolejne dziesiątki lat technologie odtwarzania muzyki przeszły szereg zmian. Jednak największa rewolucja odbyła się na przełomie ostatnich lat.

Data ta przeszła do historii, bo wówczas Thomas Alva Edison zanotował w swoim dzienniku, że udało mu się wykonać w pełni sprawne urządzenie do zapisu i odtwarzania dźwięku, które nazwał fonografem. Zasada jego działania, po drobnych modyfikacjach, przetrwała ponad 100 lat i była wykorzystywana w następcach fonografu, czyli gramofonach. Twórcą gramofonu był Emil Berliner, który założył też pierwszą wytwórnię płytową - The Berliner Gramophone Company. Gramofony produkowane są do dziś i, co ciekawe, przeżywają ostatnio renesans popularności, zwłaszcza w środowisku miłośników dobrego dźwięku - audiofilów i melomanów. Nośnikiem danych, a więc zapisanej muzyki, są w tym wypadku płyty winylowe nazywane także analogowymi, które od końca XIX w. były jedynym sposobem rozpowszechniania nagrań zapisanych i zwielokrotnionych mechanicznie. Jednak po niemal 100 latach niepodzielnego panowania pozycja płyt gramofonowych została poważnie zagrożona. Rozwój fonografii i, co za tym idzie, branży muzycznej nagle niebywale przyspieszył. Na rynek trafiły nowe urządzenia konkurencyjne dla gramofonów głównie ze względu na funkcjonalność i łatwość obsługi. Opatentowaną w roku 1928 przez Fritza Pfleumera taśmę magnetyczną zaczęto wykorzystywać w magnetofonach szpulowych, które w drugiej połowie XX w. bardzo się rozpowszechniły. Prawdziwym przełomem było pojawienie się magnetofonów kasetowych, w których nośnikiem były tzw. Compact Cassette (kasety kompaktowe).

Reklama

Niebawem (w 1979 r.) za sprawą japońskiego producenta Sony na rynek trafiły Walkmany, czyli niewielkie odtwarzacze kaset magnetofonowych, które zrewolucjonizowały sposób konsumpcji muzyki. Pokochali je zwłaszcza młodzi ludzie, którzy swoją ulubioną muzykę mogli mieć zawsze przy sobie - poza domem, w czasie wypadów za miasto, na spacerze bądź podczas uprawiania sportu. Wkrótce inne firmy zaczęły produkować urządzenia działające na tej zasadzie, ale potocznie nazywano je Walkmanami, mimo że nie zostały wyprodukowane przez Sony. Muzykę na kasety można było nagrywać samemu, np. z płyt analogowych, radia lub z jednego magnetofonu na drugi, ale można też było kupować albumy muzyczne wydawane przez wytwórnie płytowe. Zapotrzebowanie na muzykę zapisaną na kasetach było tak duże, że wkrótce nakłady płyt wydawanych w tej formie przewyższyły pod względem ilości tradycyjne płyty analogowe. Skutkiem ubocznym gwałtownej popularności kaset magnetofonowych były narodziny piractwa fonograficznego, które z roku na rok przybierało na sile i po dziś dzień stanowi bardzo poważny problem zarówno dla wytwórni, jak i dla twórców muzyki, którzy z powodu nielegalnego kopiowania i rozpowszechniania utworów muzycznych ponoszą dotkliwe straty finansowe. Wydawało się, że kolejny wynalazek, jakim była płyta CD (Compact Disc), zahamuje piractwo i faktycznie tak było, ale do czasu. Upowszechnienie się nagrywarek CD i drastyczny spadek ich cen oraz zapisywalnych płyt CD-RW sprawiło, że każdy w warunkach domowych mógł sobie skopiować płytę CD szybciej i łatwiej niż w przypadku kaset magnetofonowych.

Co więcej, kopia była niemal w 100 proc. wierna oryginałowi pod względem jakości nagrania, gdyż był to zapis cyfrowy. W wielu krajach powstał nielegalny rynek produkcji muzycznych płyt CD, które sprzedawane były na różnego rodzaju targach, jarmarkach itp. w dużo niższych cenach niż produkty oryginalne. Skala tego zjawiska była olbrzymia, czemu sprzyjała niska świadomość społeczna i niewielkie, wręcz symboliczne kary, jakie spotykały sprzedawców nielegalnych płyt - dotyczyło to głównie Polski i krajów dawnego obozu socjalistycznego. Najczęściej powtarzającym się argumentem wymienianym przez osoby kupujące pirackie płyty były zbyt wysokie ceny oryginałów. Co gorsza, nawet niektórzy artyści, z którymi miałem okazję rozmawiać w tamtych czasach, zdawali się nie dostrzegać powagi sytuacji i szkodliwości tego zjawiska - oficjalnie ganili piractwo, a sami kopiowali lub kupowali nielegalne wydawnictwa. Przyłapani na tym, odpowiadali bez żenady, że skoro na stadionie (chodzi o dawny Stadion Dziesięciolecia w Warszawie, który w latach 90. był największym targowiskiem w Polsce, a być może w Europie) sprzedawane są ich nielegalnie skopiowane płyty, to oni także mogą kupować pirackie wydanie innych wykonawców.

Przemysł fonograficzny przeżywał bardzo trudny okres, a gdy wydawało się, że gorzej już być nie może, nastąpiła prawdziwa katastrofa! Opracowano nowy format zapisu muzyki, a mianowicie MP3, który wręcz wywrócił do góry nogami wszystko, co leżało u podstaw fonografii. Największą zmianą było oderwanie muzyki od nośników fizycznych, czyli płyt winylowych, taśm magnetofonowych i płyt CD/DVD. MP3 to pliki komputerowe, których nie można wziąć do ręki ani zobaczyć, gdyż mają postać niematerialną. Można je za to zapisywać na twardym dysku komputera, kopiować, kasować i przesyłać przez internet. Ta ostatnia możliwość została wykorzystana przez twórców Napstera (niezwykle popularnego w latach 1999-2000 serwisu internetowego, umożliwiającego bezpłatną wymianę plików między wszystkimi, którzy mieli na to ochotę). Dzięki Napsterowi można było ściągnąć na swój komputer niemal dowolny utwór muzyczny, jaki był w sieci. Nastąpił więc czas anarchii - praktycznie bezkarnej formy powszechnie akceptowanego piractwa komputerowego, co w oczywisty sposób groziło upadkiem światowego przemysłu fonograficznego w jego dotychczasowej formie. Nic więc dziwnego, że koncerny muzyczne i muzycy ruszyli do kontrataku. Lars Ulrich, perkusista zespołu Metallica, wytoczył proces Napsterowi, a równocześnie prawnicy wytwórni płytowych zmusili szefostwo Napstera do zmiany formuły serwisu -pobierania opłat i odprowadzania tantiem z tytułu praw autorskich.

Była to pierwsza poważna próba uporządkowania rynku muzycznego w dobie nagrań cyfrowych i gwałtownie rozwijającego się internetu. Jednak zwycięstwo nad Napsterem na niewiele się zdało, gdyż firmy fonograficzne i tak były w poważnym kryzysie i mało kto wierzył w powrót do starych dobrych czasów. Sprzedaż płyt systematycznie spadała, a w ślad za tym zyski wydawców i samych artystów, dla których głównym źródłem zarobków stały się koncerty. Wydawanie płyt zaczęto więc traktować bardziej marketingowo i prestiżowo. Służyło to głównie do wypromowania danego artysty i ściągnięcia na jego koncerty jeszcze większej publiczności. Rynek fonograficzny gwałtownie potrzebował nowych pomysłów, aby dalej funkcjonować. Nieoczekiwanie pomoc nadeszła ze strony producenta komputerów, firmy Apple, na której czele stał wówczas wizjoner Steve Jobs, późniejszy współtwórca wielu przełomowych urządzeń - iPodów, iPadów, iPhone’ów. Jobs wraz ze swoim zespołem stworzył genialny program iTunes do zarządzania i odtwarzania plików muzycznych. Niebawem Apple przedstawiło światu przenośne urządzenie iPod potrafiące te pliki odtwarzać. Popularność iPodów powtórzyła, a nawet przewyższyła popularność słynnych Walkmanów. Znów wróciła moda na słuchanie muzyki poza domem, a widok ludzi ze słuchawkami w uszach stał się powszechny.

Pozostała kwestia monetyzacji muzyki w formie plików. I w tym przypadku również dał znać o sobie geniusz Steve’a Jobsa. Charyzmatyczny szef Apple’a stworzył internetowy sklep iTunes Store, w którym za drobną opłatą (99 centów) można było pobrać dowolny utwór muzyczny. Początkowo branża i twórcy muzyki byli bardzo sceptycznie nastawieni do tego pomysłu, ale Jobs powoli przekonał ich do swojej koncepcji. W krótkim czasie iTunes Store odniósł oszałamiający sukces, sprzedając miliony utworów muzycznych - z czasem oprócz muzyki można było kupić także filmy, programy komputerowe, aplikacje, a nawet książki i czasopisma, oczywiście wszystko w formie elektronicznej. Apple zostało prawdziwym potentatem w sprzedaży treści cyfrowych. Zaledwie w rok od uruchomienia sklepu sprzedano w nim ponad 100 milionów utworów, a w ciągu następnych dziewięciu lat blisko 25 miliardów! Steve Jobs udowodnił, że znów miał rację, ale nie tylko Apple na tym zyskało - cała branża muzyczna znów złapała drugi oddech. Malejące zyski ze sprzedaży muzyki na tradycyjnych nośnikach firmy fonograficzne nadrabiały sprzedażą muzyki cyfrowej. Zyskali też artyści, gdyż otrzymywali pieniądze z tytułu praw autorskich. A zatem wszyscy w tym układzie są szczęśliwi i na tym historię fonografii można by zakończyć, gdyby nie nowy pomysł na dystrybucję muzyki. Pojawił się on dość nieoczekiwanie i całkiem niedawno. Mowa o serwisach streamingowych. Co to takiego? Najogólniej rzecz ujmując, są to olbrzymie zbiory utworów muzycznych, do których zyskujemy dostęp za stałą, niewielką opłatę miesięczną. Różnica między sposobem dystrybucji muzyki przez sklep iTunes Store a serwisy streamingowe jest taka, że u Apple’a trzeba zapłacić za każdy utwór lub płytę, którą pobieramy na twardy dysk swojego komputera czy innego urządzenia mobilnego, natomiast do serwisu streamingowego z muzyką (choć nie tylko) mamy stały, nieograniczony dostęp przez internet za pośrednictwem takich urządzeń, jak komputer, tablet, smartfon, a ostatnio także np. przez wzmacniacze czy amplitunery niektórych producentów. Utworów nie kupujemy, a po prostu słuchamy ich, kiedy chcemy i ile razy chcemy.

Moim zdaniem serwisy streamingowe są obecnie najwyższą formą ewolucji fonografii. Świadczy o tym zwiększająca się systematycznie ilość użytkowników przy jednoczesnym kurczeniu się dochodów iTunes Store ze sprzedaży muzyki cyfrowej. Apple ostatnio pośrednio przyznało się do tego, że streaming jest obecnie lepszą formą dystrybucji muzyki niż jej sprzedaż przez iTunes Store, gdyż niedawno wystartowało z własnym serwisem streamingowym - Apple Music. Zaledwie pięć tygodni po starcie miał on już 11 milionów użytkowników. Szefostwo Apple’a liczy na to, że kiedy nowa platforma w pełni dojrzeje, będzie miała aż 100 milionów płacących subskrybentów.

Najbardziej znanymi obecnie i zarazem największymi serwisami streamingowymi są: Spotify, Deezer, Rdio oraz WiMP, niedawno kupiony przez światowej sławy rapera Jaya-Z i przekształcony w Tidal. Wszystkie one działają na podobnych zasadach i oferują porównywalne ilości utworów muzycznych - 25-30 mln. Różnice są raczej kosmetyczne, a drobne detale mają przekonać potencjalnych subskrybentów do wybrania tego, a nie innego serwisu.

Żeby stać się użytkownikiem serwisu streamingowego, należy pobrać odpowiednią aplikację na swój smartfon czy tablet i zarejestrować się. Można także korzystać z serwisu za pośrednictwem komputerów stacjonarnych i laptopów. Wiele serwisów zapewnia czasowy darmowy dostęp w celu zachęcenia potencjalnego klienta do swojej usługi. Najczęściej darmowy okres użytkowania to jeden miesiąc, ale Apple Music, jako że dołączył do zabawy jako ostatni, wprowadził początkowy trzymiesięczny okres darmowego użytkowania. Należy jednak pamiętać, żeby odpowiednio wcześniej złożyć rezygnację, jeśli dany serwis nam nie odpowiada, gdyż opłata za następny miesiąc zostanie pobrana automatycznie. Ale ze Spotify można korzystać bezpłatnie, musimy jednak pogodzić się z pewnymi ograniczeniami, np. funkcjonalności - nie możemy wybrać konkretnego utworu, a jedynie wykonawcę, ponadto pomiędzy piosenkami emitowane są reklamy. Dopiero po wykupieniu abonamentu zyskujemy pełną funkcjonalność i nie jesteśmy atakowani reklamami. Tidal z kolei wysokość opłat uzależnia od jakości dostarczanej muzyki - za konto Premium zapłacimy 19,99zł, a za konto Hi-Fi 39,99zł. W tym drugim przypadku zapewniamy sobie dostęp do muzyki w lepszej jakości, gdyż zapisanej z bezstratną kompresją. Obecnie tylko Tidal zapewnia muzykę w tak wysokiej jakości. Dla polskich miłośników dobrego dźwięku Tidal wraz z organizatorem warszawskiej wystawy Audio Video Show przygotował przyjemną niespodziankę. Otóż każdy, kto w dniach 6-8 listopada odwiedzi tę imprezę, będzie mógł otrzymać 3-miesięczny bezpłatny dostęp do serwisu. Jak więc widać, konkurencja na rynku serwisów streamingowych jest duża i każdy kusi czymś swoich potencjalnych odbiorców. Niektóre pozwalają np. zgrywać dowolne utwory do pamięci swoich urządzeń i odsłuchiwać je nawet wtedy, gdy nie jesteśmy w zasięgu internetu. Jednak po zakończeniu opłacania abonamentu tracimy również dostęp do utworów zapisanych w pamięci naszego urządzenia mobilnego.

Generalnie serwisy streamingowe to wspaniały pomysł na dystrybucję muzyki przede wszystkim dlatego, że za niewielką opłatę - z reguły mniejszą niż koszt zakupu jednej płyty CD - otrzymujemy dostęp do nieograniczonej ilości utworów muzycznych, a niemal codziennie oferta powiększa się o nowe! Dla wielu miłośników muzyki pierwszy kontakt z serwisem streamingowym to wspaniałe doświadczenie. Można to porównać do szczęścia dziecka, które poprosiło rodziców o kupno zabawki w sklepie, a na miejscu okazało się, że nie musi ono wybierać tej jednej jedynej, gdyż ma do dyspozycji cały sklep wypełniony po brzegi zabawkami, z których może korzystać do woli. Za sprawą serwisów streamingowych każdy z nas może się poczuć jak dziecko w sklepie z zabawkami - możemy bowiem poznawać nowe gatunki muzyczne i wykonawców lub wracać do starych zapomnianych utworów sprzed lat. Oczywiście możemy też tworzyć własne playlisty z ulubionymi artystami, udostępniać je innym użytkownikom serwisu lub zapoznać się z propozycjami innych. Możliwości jest naprawdę dużo, a co ważne, zapewniamy sobie mnóstwo przyjemności z obcowania z muzyką i to za symboliczną opłatę miesięczną. Istotne w tym wszystkim jest również to, że nie wchodzimy w konflikt z prawem, nie wspieramy bowiem piractwa, a przyczyniamy się do rozwoju branży muzycznej. Jak więc widać, rozwój serwisów streamingowych jest zjawiskiem jak najbardziej wskazanym. Jednak mają one swoje słabsze strony, a największą bolączką z punktu widzenia osób wymagających najwyższej jakości dźwięku - audiofilów - jest duża kompresja muzyki dostępnej w większości serwisów.

Jednak cyfrowa rewolucja także przed audiofilami otworzyła nowe możliwości w postaci dystrybucji muzyki w jakości dotychczas niemożliwej do osiągnięcia. Bezstratne formaty zapisu danych, potocznie nazywane "gęstymi formatami", stały się poważnym atutem dla specjalistycznych wydawców. Oferują oni pliki muzyczne (na zasadzie sprzedaży) w możliwie najwyższej jakości - w formacie FLAC, WAV, DSD - adresując je do najbardziej wymagających słuchaczy. A, jak się okazuje, w Polsce mamy całkiem liczne grono miłośników dźwięku najwyższej próby. Świadczą o tym tłumy odwiedzające co roku największą w Polsce, a drugą w Europie (po High End w Monachium) imprezę branżową Audio Show. To właśnie tam audiofile i melomani mogą zapoznać się z ofertą urządzeń zarówno najnowszych, przygotowanych do słuchania muzyki w gęstych formatach, jak również tych bardziej popularnych, z opcją dostępu do serwisów streamingowych. Tegoroczna impreza Audio Video Show rozszerzona będzie o telewizory i sprzęt do kina domowego, a w tej dziedzinie w ostatnich latach również nastąpił niesamowity postęp, ale to już temat na oddzielny artykuł.

Marek Suchocki

Informacja prasowa/INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: spotify | Deezer

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje