Samospalenia - gdy człowiek zmienia się w popiół

Czy ludzkie ciało może nagle stanąć w płomieniach bez żadnej, wyraźnej przyczyny? Istnieje wiele doniesień, które zdają się potwierdzać takie przypadki. Ogień o niewytłumaczalnych właściwościach miał zabijać ludzi od stuleci i podobno pojawia się także w naszych czasach.

Makabryczny fenomen tzw. samospalenia znany jest w kulturze od najdawniejszych czasów. Słynny XIX-wieczny pisarz brytyjski, Karol Dickens, wykorzystał ten motyw w swojej powieści pt. „Samotnia”, w której opisywał niezwykłe okoliczności śmierci jednego z bohaterów – Krooka. Współczesna nauka całkowicie odrzuca możliwość samospalenia, lecz przez całe wieki zjawisko to traktowane było zupełnie poważne i uznawane za jedną z możliwych przyczyn śmierci. Występowanie niezwykłego ognia przypisywano zwykle boskiej interwencji lub… nadużywaniu alkoholu.    

Reklama

Tajemniczy płomień   

Jeden z najstarszych, udokumentowanych przypadków samospalenia odnotowany został w roku 1731 w okolicach Werony. Pewnego kwietniowego wieczora hrabina Cornelia Bandi jak zwykle udała się na spoczynek. Przed zaśnięciem rozmawiała jeszcze ze swoją pokojówką i absolutnie nic nie zapowiadało dramatu, jaki miał nadejść. Gdy nad ranem służąca weszła do pokoju hrabiny, jej oczom ukazał się makabryczny widok. Całe pomieszczenie wypełnione było sadzą, a podłogę pokrywała lepka masa. Podobna, cuchnąca maź znajdowała się też na ścianach i oknach sypialni. Metr od łóżka leżała na ziemi kupka popiołu, w której widoczne były nogi oraz głowa hrabiny. Reszta ciała zmieniła się w pył. Łóżko, posłanie i wszystkie inne meble pozostały jednak nietknięte. Nikt z domowników nie zauważył też pożaru, ani nie wyczuł wcześniej zapachu dymu.  

Do podobnych zdarzeń miało też dochodzić w czasach bardziej współczesnych. 5 grudnia 1966 roku w  Coudersport w amerykańskim stanie Pensylwania odnaleziono szczątki 93-letniego lekarza, Irvinga Bentleya. Makabrycznego odkrycia dokonał inkasent, którego zaniepokoił dziwaczny, cuchnący dym unoszący się w powietrzu. Mężczyzna, a raczej to, co z niego pozostało, znaleziony został w swojej łazience. W jej podłodze wypalona była niewielka dziura, przy której zalegała kupka popiołu oraz fragment nogi dr. Bentleya – jedyna część ciała, której nie pochłonął ogień. Reszta pomieszczenia, choć zadymiona, nie nosiła większych śladów pożaru. Badający sprawę strażacy i policjanci przyjęli, że źródłem ognia musiał być żar z fajki, którą namiętnie palił starszy pan i od której miało się zająć jego ubranie. Śledczy doszli do wniosku, że mężczyzna ratując się starał dojść do wanny. Udało mu się dotrzeć do łazienki, gdzie jednak stracił przytomność na skutek zatrucia dymem. Reszty dokonał ogień. Wersja ta od samego początku budziła jednak wątpliwości. Choćby dlatego, że fajkę nieszczęsnego doktora znaleziono na swoim zwykłym miejscu. Nic nie wskazywało na to, że chwilę przed śmiercią Bentley z niej korzystał.   

W równie niezwykłych okolicznościach zginęła też 67-letnia Mary Reeser z Sankt Petersburga na Florydzie. Nad ranem 2 czerwca 1951 roku jej zwęglone zwłoki znaleziono w fotelu, w którym zwykła siadać. Mebel oraz leżący pod nim dywan zostały spalone, a na suficie dało się zauważyć pokaźną plamę sadzy. Jakiekolwiek inne przedmioty w pomieszczeniu nie nosiły jednak nawet najmniejszych śladów ognia.

Podobnych przypadków odnotowano znacznie więcej, a ich wspólną i najbardziej niezwykłą cechą zawsze maił być tajemniczy płomień, który niemal w całości pochłaniał ludzkie ciało, lecz oszczędzał wszystko wokół. Rozsądek podpowiada, że ogień, w którym niemal całkowicie rozpadały się nawet kości, musiał być bardzo intensywny, płonąć przez wiele godzin i mieć temperaturę 1100 – 1600 stopni Celsjusza. Dla przykładu, w piecach krematoryjnych ciała spalane są w temperaturze ok. 1200 stopni, a cały proces, w zależności od wzrostu i masy zmarłego, może trwać od 1 do 3 godzin. Jak więc tłumaczyć fakt, że mimo tak ogromnej temperatury zniszczeniu nie uległy jakiekolwiek przedmioty znajdujące się obok ciała ofiary? Próby wytłumaczenia tego zjawiska bywały chyba bardziej niezwykłe niż sam fenomen samospalenia.  

Wewnętrzny ogień czy pole magnetyczne?    

Przez całe stulecia przyjmowano, że samospalenie mogło dotknąć osób, które wcześniej spożywały (lub wręcz nadużywały) alkohol. Przesycenie narządów wewnętrznych procentami miało ponoć sprzyjać pojawieniu się i rozprzestrzenieniu niezwykłego ognia. Potwierdzeniem tej tezy był podobno przypadek małżeństwa o nazwisku Rooney z Seneca w stanie Illinois.  W wigilię 1885 roku para wraz ze swoim pomocnikiem, Johnem Larsonem, piła whisky. Gdy skończyli, Larson udał się na spoczynek. Rano dokonał makabrycznego odkrycia – całą podłogę w kuchni małżonków pokrywała tłusta maź. Leżały w niej zwęglone zwłoki Patricka Rooneya. Szczątki jego żony znaleziono natomiast w wypalonej w podłodze dziurze. Na jej dnie leżała czaszka, kilka kości i kupka popiołu. Ogień oczywiście nie naruszył żadnych innych przedmiotów znajdujących się w kuchni.

Innym wytłumaczeniem niezwykłego zjawiska miał być naturalny gaz gromadzący się w ludzkim ciele. Zakładano, że w kontakcie z tlenem staje się on bardzo łatwopalny i może doprowadzić do zapłonu całego organizmu. Pojawiały się też głosy, według których za samospalenie odpowiadać miały fosfageny – związki chemiczne występujące w mięśniach i odpowiedzialne za magazynowanie energii. Jak twierdzili niektórzy badacze, w pewnych okolicznościach fosfageny mogą być łatwopalne i przyczyniać się do samozapłonu ludzkiego ciała. 

Popularnym wytłumaczeniem była też teoria „samospalenia psychicznego”. Zakłada ona, że na atak niezwykłego ognia szczególnie narażeni są samobójcy. Potwierdzeniem tej tezy były podobno przypadki osób, które targnęły się na własne życie, a ich ciała z niejasnych przyczyn stanęły nagle w ogniu. Los taki miał spotkać  m.in. 27-letniego Billa Petersona, który 13 grudnia 1959 roku postanowił rozstać się ze światem w Pontiac w stanie Michigan. Mężczyzna wsiadł do zamkniętego w garażu samochodu, a do okna pojazdu poprowadził wąż podłączony do rury wydechowej. Peterson zmarł na skutek zatrucia tlenkiem węgla, ale policjantów zdumiała jeszcze jedna rzecz – ciało samobójcy poryte było oparzeniami trzeciego stopnia, a w niektórych miejscach wręcz zwęglone. Problem w tym, że w garażu nie doszło do pożaru, a na ubraniu ofiary nie było nawet najmniejszych śladów ognia.  

Równie zdumiewający był przypadek Glena Denneya z Luizjany, który postanowił odebrać sobie życie w 1952 roku. Denney podciął sobie żyły, lecz zmarł… na skutek zatrucia dymem. Gdy go znaleziono, jego ciało stało w płomieniach, choć żaden przedmiot w pobliżu nie nosił śladów ognia. Śledczym nie udało się również odnaleźć pozostałości jakiejkolwiek łatwopalnej substancji, którą desperat mógłby oblać się przed śmiercią.

Do długiej listy możliwych wyjaśnień samospalenia doliczyć trzeba jeszcze koncepcję o wpływie pola magnetycznego Ziemi. Podobno wraz ze wzrostem jego natężenia, rośnie też prawdopodobieństwo, że ludzkie ciało ogarną płomienie. Niezwykły ogień usiłowano też tłumaczyć przy pomocy innego, również nie całkiem rozumianego zjawiska, jakim jest piorun kulisty. Jego tajemnicze właściwości mają ponoć usprawiedliwiać fakt, że podczas samospalenia zniszczeniu ulega wyłącznie ludzkie ciało, a nie znajdujące się w pobliżu przedmioty.   

Oficjalna nauka dawno odrzuciła możliwość samospalenia i traktuje doniesienia o podobnych przypadkach jak zwykłe zabobony. Informacje o takich zdarzeniach wciąż jednak pojawiają się na całym świecie i niekiedy podejmowane są również przez poważne media. Makabryczne okoliczności śmierci w płomieniach stanowią przecież doskonałą pożywkę dla sensacyjnych opowieści i rozmaitych, pseudonaukowych teorii.

Dowiedz się więcej na temat: samospalenie | zjawiska paranormalne

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje