Gdy armaty strzelały atomem

Głównymi środkami przenoszenia ładunków jądrowych od lat pozostają bombowce i rakiety. Jednak w początkach zimnej wojny, gdy technologia rakietowa wciąż jeszcze raczkowała, USA i ZSRR pracowały nad koncepcją wystrzeliwania bomb atomowych z klasycznych dział. Konstrukcje tego typu znalazły się w arsenałach obu mocarstw.

Pierwsi na pomysł budowy atomowych dział wpadli Amerykanie. Swój projekt – nazwany później M65 Atomic Annie – oparli na konstrukcji niemieckiego działa kolejowego z czasów II wojny światowej – 28 cm Kanone 5. Prace nad nową bronią rozpoczęły się w roku 1949, a  pierwsze działa trafiły na wyposażenie amerykańskiej armii w roku 1952. Mogły one wystrzeliwać atomowe pociski o mocy 15 kiloton na odległość ok. 30 km. W odróżnieniu od niemieckiego pierwowzoru nie były też skazane na poruszanie się po torach, ponieważ za napęd służyły im dwa ciągniki siodłowe. Praktyczny test M65 Atomic Annie odbył się 25 maja 1953 roku na poligonie atomowym w Nevadzie. O godzinie 8.30 z działa wystrzelono ładunek, który eksplodował w odległości ok. 11 km od obserwatorów. Próba zakończyła się całkowitym sukcesem, w związku z czym w następnych latach do służby weszły kolejne działa. Łącznie powstało ich 20, a część trafiła do Europy i Korei.  

Reklama

Radzieckie monstrum

Rosjanie oczywiście nie mogli być gorsi i szybko przystąpili do budowy własnego działa atomowego. Prace nad projektem o kryptonimie „Obiekt 271” zlecono w roku 1955, a pierwszy prototyp został zbudowany już rok później w zakładach Kirowa w Leningradzie. Działo otrzymało nazwę 2A3 Kondensator 2P i po raz pierwszy pokazano je publiczności podczas parady wojskowej na Placu czerwonym w Moskwie w roku 1957. Konstrukcja radziecka daleka była jednak od doskonałości. Działo wykorzystywało podwozie czołgu T-10M, miało ok. 25 km donośności i gigantyczny kaliber 406 mm. Pocisk do tego monstrum ważył 570 kg, a jego załadowanie i oddanie strzału zajmowało 5 długich minut. Ze względu na duże rozmiary i długość lufy, 2A3 Kondensator 2P był też oczywiście działem powolnym i trudnym w transporcie, lecz największy problem stanowiła ogromna siła odrzutu. Każdy wystrzał przesuwał działo o kilka metrów i mógł je poważnie uszkodzić.

Co ciekawe, rozmiary działa wcale nie wynikały z sowieckiej gigantomanii. Kaliber musiał być tak duży, ponieważ Rosjanie nie dysponowali w tym czasie technologią, która pozwoliłaby im na zbudowanie mniejszych pocisków jądrowych. Ewidentne problemy najwyraźniej nie zniechęcały jednak radzieckich konstruktorów, ponieważ w tym samym czasie pracowali on nad jeszcze większą machiną. Tak narodził się prototyp działa 2B1 Oka. Miało ono kaliber aż 420 mm i zasięg 45 km. Długość lufy wynosiła 20 m, a masa pocisku przekraczała 750 kg.      

Epoka rakiet

Problemy konstrukcyjne sprawiły, że Rosjanie nigdy nie rozpoczęli masowej produkcji swoich atomowych armat i zbudowali tylko 4 działa tego typu. Pozostały one w służbie do połowy lat 60., kiedy to Nikita Chruszczow postawił na masową produkcję broni rakietowej. Podobnie potoczyły się również losy M65 Atomic Annie. Działo trafiło do lamusa w roku 1963, gdy do amerykańskich jednostek trafił nowy model standardowych haubic M110, które mogły wystrzeliwać ładunki atomowe o kalibrze 203 mm. Te ostatnie co prawda utrzymywane były w jądrowym arsenale USA aż do roku 1992, lecz w kolejnych latach ich rolę niemal całkowicie przejęły inne typy uzbrojenia. Nastała era rakiet, a atomowe działa – zarówno amerykańskie, jak i sowieckie – trafiły do muzeów. 

Dowiedz się więcej na temat: broń atomowa | zimna wojna
Najlepsze tematy