​Zawieszeni między życiem a śmiercią czekają na ratunek

Osoby z ranami postrzałowymi i kłutymi nie mają wiele czasu na ratunek. Podstawowym zadaniem ratowników jest zatamowanie krwotoku i uzupełnienie straconego płynu. Już niedługo w jednym z amerykańskich szpitali pacjenci w najcięższym stanie będą wprowadzani w stan anabiozy, na granicy życia i śmierci.

Medycyna zna przypadki, w których osoby wyciągnięte z lodowatej wody udało się ożywić nawet godzinę po zatrzymaniu oddechu, tylko dlatego, że ich metabolizm zwolnił. Niejednokrotnie zdarzyło się, by umieszczeni w kostnicy ludzie cudownie ożywali. W obu przedstawionych przypadkach mechanizm działania jest ten sam. Organizm człowieka znajduje się w stanie anabiozy, w którym wszystkie procesy życiowe przechodzą na niższy poziom energetyczny, a metabolizm zwalnia do minimum. Zapotrzebowanie na tlen jest znikome, choć akcja serca nie ustaje w pełni. "New Scientist" donosi, że niedługo pacjenci z wyjątkowo nieprzyjemnymi obrażeniami ciała będą celowo wprowadzani w ten stan.

Czas na wagę złota

Reklama

Pilotażowy program ma zostać wprowadzony przez UPMC Presbyterian Hospital w Pittsburghu w stanie Pensylwania. Pierwsi pacjenci z ranami postrzałowymi lub kłutymi będą wprowadzani w stan specyficznego letargu - anabiozy - jeszcze w tym miesiącu. Operacja będzie przeprowadzona, by zyskać trochę czasu i dać medykom szansę na naprawienie uszkodzeń organizmu, które w normalnych warunkach błyskawicznie okazałyby się śmiertelne.

- Chcemy zawieszać czynności życiowe pacjentów, ale nie lubimy nazywać tego procesu anabiozą, bo brzmi jak science fiction. Dlatego proces ten nazywamy krytyczną prezerwacją i resuscytacją - powiedział Samuel Tisherman, chirurg w szpitalu, który chce wprowadzić niezwykły zabieg do standardowo stosowanych praktyk.

W normalnych temperaturach ciała - ok. 37oC - komórki potrzebują regularnych dostaw tlenu do produkcji energii. Gdy serce przestaje bić, krew nie przenosi tlenu do komórek, a pozbawiony jego mózg umiera w ciągu 5 minut. Właśnie tyle czasu na ratunek mają lekarze, bo później uszkodzenia organizmu są nieodwracalne. Przy niskich temperaturach, nasze komórki potrzebują znacznie mniej tlenu, ponieważ wszystkie procesy biochemiczne zachodzą znacznie wolniej.  Na odratowanie osób sztucznie wprowadzonych w stan anabiozy lekarze będą mieli dużo więcej czasu. Sam opis techniki brzmi niezwykle, ale skoro alternatywą jest śmierć, to chyba nie warto wybrzydzać.

Technika polega na wymianie całej krwi pacjenta na zimny roztwór soli fizjologicznej, który szybko schłodzi korpus i praktycznie całkowicie zatrzyma aktywność komórkową. Już po 15 minutach od wprowadzenia, temperatura organizmu obniży się do 10oC. Podczas przeprowadzanego zabiegu pacjent będzie znajdował się w stanie śmierci klinicznej. Bez trwałego uszczerbku na zdrowiu, pacjent będzie mógł przebywać w stanie sztucznej anabiozy przez ok. 2 godziny. To wystarczy, by medycy naprawili najpoważniejsze zniszczenia wywołanych kulą lub ostrym narzędziem.

- Gdy trafia do nas pacjent, którego zgon nastąpił 2 godziny temu, nic nie możemy zrobić. Ale gdy masz świadomość, że tracisz ciężko ranną osobę, lepiej zawiesić jej czynności życiowe i dać sobie trochę czasu na naprawę najpoważniejszych uszkodzeń organizmu - powiedział Peter Rhee z University of Arizona w Tuscon, chirurg, który przyczynił się rozwoju techniki.

Zwykłe chłodzenie to za mało

Tuż przed operacjami serca i mózgu, lekarze często obniżają temperaturę ciał pacjentów stosując okłady z lodu. Podłączając zewnętrzny obieg krwi i układ chłodzenia, można zyskać do 45 minut, co wystarcza do przeprowadzenia operacji. Ale taki zabieg wymaga czasu i nie może być wykonany bez starannego przygotowania. Na oddziale ratunkowym każda sekunda jest na wagę złota.

Zresztą, powolne chłodzenie ciała w przypadku rany postrzałowej lub kłutej, nie ma sensu. Serce takich pacjentów wyjątkowo szybko wstrzymuje pracę z powodu zbyt dużej utraty krwi. Aby zatrzymać krwawienie i ponownie uruchomić serce, lekarze mają tylko kilka minut. Nawet jeżeli krwawienie zostanie zatrzymane, to uzupełnienie straconej krwi nie jest jak wypełnienie pustego zbiornika gazu. Resuscytacja naraża ciało na nagłą ekspozycję tlenu, co może skończyć się dla komórek uwolnieniem szkodliwych substancji, które powodują poważne "reperfuzyjne" obrażenia.

Technika sztucznej anabiozy po raz pierwszy została zastosowana u świń w 2002 r. przez Hasana Alama na University of Michigan w Ann Arbor. U zwierząt indukowano masywny krwotok w celu imitacji krytycznych obrażeń, które często występują u ludzi. Następnie wypompowywano z nich całą krew i zastępowano mieszanką zimnego potasu lub roztworem soli fizjologicznej. Po naprawieniu ran, ciało zwierzęcia stopniowo ogrzewano wprowadzając ponownie krew. Po pewnym czasie, serca eksperymentalnych świni znowu zaczynały bić, choć niektóre potrzebowały wsparcia pod postacią defibrylatora. Zabieg nie wpłynął negatywnie na żadne funkcje życiowe zwierząt

- Przeprowadziliśmy te eksperymenty, by zmienić definicję słowa "martwy". W swojej pracy każdego dnia stwierdzam zgon u wielu osób. Nie wykazują one oznak życia, ich serce nie bije, brak aktywności mózgu. Podpisując kawałek papieru wiem w głębi serca, że w rzeczywistości oni wcale nie są martwi. Mam świadomość, że mogłem zawiesić ich czynności życiowe, by mieć więcej czasu na ratunek. A tak umieszczam ich w plastikowym worku. To frustrujące, wiedząc, że jest rozwiązanie z tej sytuacji - wyjaśnił Rhee.

Wskrzeszeni

Technika sztucznej anabiozy wkrótce zostanie po raz pierwszy przetestowana na ludziach. W stan między życiem a śmiercią będą wprowadzani pacjenci, którzy stracili już ok. 50 proc. swojej krwi, z mniej niż 7 proc. na przeżycie.

Pierwszym etapem zabiegu będzie przepłukanie serca i mózgu zimnym roztworem soli fizjologicznej. Są to obszary najbardziej narażone na małą zawartość tlenu i kluczowe do prawidłowego funkcjonowania organizmu. W tym celu, dolna część serca musi zostać czasowo "odcięta", a cewnik wprowadzony do aorty - największej tętnicy w organizmie - będzie pompował sól fizjologiczną. Po usunięciu zacisku na sercu, sól stopniowo będzie wprowadzana do organizmu przez układ krwionośny. Całkowite zastąpienie krwi wspomnianą substancją potrwa ok. 15 minut. W tym czasie, pacjenci będą pozbawieni krwi, nie będą oddychać i nie będą wykazywać aktywności mózgu. Będą w stanie śmierci klinicznej.

W tym stanie, procesy metaboliczne praktycznie nie będą zachodziły, ale dzięki temu komórki wytrwają bez tlenu. W procesie beztlenowej glikolizy nadal będą wytwarzały energię potrzebną do utrzymania organizmu przy "życiu". W normalnej temperaturze ciała, komórki mogą wytrzymać w takich warunkach ok. 2 minuty. W niskich temperaturach  komórki mogą przeżyć tak wiele godzin. W takim stanie pacjent zostanie przewieziony na salę operacyjną, gdzie lekarze będą mieli do 2 godzin by naprawić szkody.

Nowo opracowana technika zostanie przetestowana na 10 osobach, a wyniki porównane z 10 innymi pacjentami, którzy spełniali warunki wprowadzenia w opisywany stan, ale się na to nie zdecydowano. Technika następnie będzie udoskonalana, by uczynić z niej powszechnie stosowany zabieg ratujący życie pacjentom w stanie krytycznym.

- Do tej pory zakładaliśmy, że nie można przywrócić zmarłych. Technicznie da się to jednak zrobić, pod warunkiem, że odpowiednio wcześnie "zamarynujesz" komórki - wyjaśnił Rhee.

Wprowadzenie tej techniki do szpitali wcale nie było łatwe. Ponieważ będzie ona stosowana u pacjentów w stanie krytycznym, nie trzeba uzyskiwać zgody na jej zastosowanie ani od pacjenta, ani od jego rodziny. Dlatego będzie dotyczyć tylko śmiertelnie rannych pacjentów, dla których nie ma alternatywnego leczenia. Zespół, który opracował technikę prowadził liczne dyskusje ze społeczeństwem i umieścił reklamy w gazetach opisujące sam proces. Ludzie mogli wyrażać swój przeciw, ale póki co, nikt tego nie zrobił.

Jak na razie sztuczna anabioza jest ograniczona tylko do kilku godzin. Ale to wcale nie znaczy, że kiedyś nie będzie możliwe przywracanie do życia osób znacznie dłużej "martwych". Przecież właśnie na tym opiera się idea krioniki.

- Próbujemy ratować ludzkie życie, a nie wysyłać ekspedycję na Marsa. Czy możemy wydłużyć pobyt pacjentów "w zawieszeniu" jeszcze bardziej? Być może za kilka lat ktoś zorientuje się jak to zrobić, ale na pewno zajmie to trochę czasu. Zanim to nie nastąpi, każdy uratowany przez nas pacjent będzie na wagę złota - podsumował Tisherman.

Najlepsze tematy