Nadchodzi zabójcza pandemia. Wybije ludzkość, ocali przyrodę?

Australijscy eksperci obawiają się wybuchu nowego typu lekoopornej pandemii grypy, która już od jakiegoś czasu krąży w populacji. Czy zagrożenie jest realne? Co w przypadku szybkiego rozprzestrzeniania się patogenu po Ziemi?


Reklama

Raz na jakiś czas zdarza się coś, co radykalnie zmienia oblicze naszej planety. Erupcje wulkanów, trzęsienia Ziemi czy uderzenia meteorytów, to akty natury szybkie, ale wyjątkowo zabójcze. W jednej chwili przestajesz istnieć. Ale jest również inna kategoria, która śmierć rozkłada w czasie - zagrożenia biologiczne. Epidemie to lokalne manifestacje siły biologii, ale pandemie mają znacznie szerszy zakres. Co by się stało, gdyby na Ziemi właśnie teraz wybuchła pandemia? Czy historia ludzkości uczy nas czegoś w tej dziedzinie?

Homo sapiens AD 2013

W ciągu minionego stulecia, człowiek tak bardzo przekształcił planetę, że pchnął ją do nowej ery geologicznej. Antropocen ("wiek człowieka") to termin zaproponowany przez Paula Crutzena, laureata Nagrody Nobla, nawiązujący do wpływu człowieka na funkcjonowanie procesów przyrodniczych zachodzących w skali globalnej. Przejawem Antropocenu jest gwałtowna urbanizacja świata, szybkie zużywanie paliw kopalnych, zanieczyszczenie środowiska i emisja gazów cieplarnianych. Trwająca do teraz epoka geologiczna rozpoczęła się 200 lat temu. Zmiana przez człowieka świata, w którym żyjemy jest nieunikniona i ma miejsce na naszych oczach.

Ale co by było, gdyby coś zepchnęło nas z wytyczonej trajektorii? Czy Ziemia powróciłaby do czasów Holocenu? Czy nasz gatunek odczułby skutki globalnej pandemii?

Ludzie stale przeobrażają otaczający ich krajobraz. Regularnie wkraczają na dzikie tereny, coraz bardziej zbliżając się np. do małp, które są często zabierane do aglomeracji miejskich jako zwierzęta domowe. Mamy również kontakt ze zwierzętami hodowlanymi, takimi jak świnie, kury i kaczki. Oznacza to, że choroby dopadające zwierzęta, które żyją tuż obok, mogą bez problemu zaatakować również i nas.

Ludzie są do siebie tak bardzo podobni genetycznie, że patogeny bez problemu przenoszą się między pojedynczymi jednostkami, a nawet całymi populacjami. A ponieważ żyjemy w większej liczbie i gęstości, niż kiedykolwiek wcześniej, szansa na błyskawiczne rozprzestrzenienie się patogenów jest naprawdę wysoka. Dla potencjalnego rozwoju pandemii nie ma nic lepszego niż podróże międzykontynentalne. Z ich powodu, wirus zarażający kogoś w jednej części świata, za kilka godzin może być zupełnie gdzie indziej. Niewiele jest na świecie rejonów, w których nie było jeszcze człowieka i prawa Antropocenu tam nie obowiązują.

Czyściciele

Epidemie nie są nowym wynalazkiem ewolucji, a tym bardziej nie są nieprzewidywalne. Nowy szczep wirusa grypy pojawia się średnio co 2 lata i, mimo że ze względu na genetyczną ruletkę, jaką są mutacje, początkowo trudno z nim walczyć, to po zsyntetyzowaniu szczepionki staje się praktycznie nieszkodliwy. Inaczej jest z eksplozjami epidemii, które infekują dużą liczbę ludności. Pandemie są znacznie trudniejsze do przewidzenia i opanowania.

Przez ostatnie kilka stuleci pandemie wybuchały nieregularnie - w odstępach 10-, 20-, a nawet 50-letnich. Ostatnia wielka pandemia miała miejsce w 1968 r., zatem powoli można wypatrywać następnej. Epidemiolodzy nie starają się odpowiedzieć na pytanie "czy nowa pandemia wybuchnie", ale "kiedy to nastąpi". Czasu na przygotowania mamy niewiele.

Każda pandemia ma wyraźne i trwałe skutki dla społeczeństwa, którego dotyka. Czarna śmierć - dżuma - wywołana w średniowieczu przez bakterię Yersinia pestis, zabiła 30-60 proc. Europejczyków (aż 80 proc. mieszkańców południowej Francji i Hiszpanii) i zmniejszyła ówczesną liczbę ludności z 450 do 350 mln. Ze względu na swoją zabójczą skuteczność, pandemie prowadzą do poważnych przemian społecznych. Całe miasta się wyludniają, nie ma handlu, produkcji, ale także i wojen. Kiedyś organizowano polowania na czarownice, które miały na celu pozbycie się nieznanej zarazy, ale zazwyczaj kończyły się one morderstwami grup mniejszościowych, takich jak trędowaci czy Żydzi.

Osobom, które przetrwały epidemię dżumy, znacznie podniósł się status społeczny. Chłopi skorzystali z niedoboru siły roboczej i wynegocjowali lepsze wynagrodzenie (często poprzez bunt), a swoisty "restart" upraw zaowocował bogatszą dietą. Czarna śmierć miała również ważny wpływ na środowisko. Dzięki zastopowaniu działalności rolniczej odrosły wykarczowane lasy, a ich fotosynteza wyssała tak dużo dwutlenku węgla z powietrza, że przyczyniła się do regionalnego ochłodzenia klimatu zwanego małą epoką lodową (MEL).

Z powyższych wyliczeń wynika, że pandemie są czymś normalnym i stanowią integralny element środowiska naturalnego. Pozbywając się elementu, który niszczy przyrodę (czyt. ludzi), ta zyskuje trochę czasu na regenerację.

Krzyk Ziemi

Pandemia grypy w latach 1918-1919 (tzw. hiszpanka) zabiła jedną na pięć zakażonych przez wirusa osób, czyli 50-100 mln ludzi na całym świecie. Żniwo hiszpanki wielokrotnie przewyższyło liczbę ofiar frontów I wojny światowej. Pandemia ta jest powszechnie uważana za jedną z największych w historii ludzkości. W dwa lata na hiszpankę chorowała 1/3 populacji świata, czyli ok. 500 mln osób. Skutki tej zarazy okazały się szczególnie dotkliwe, gdyż ponad połowę zmarłych stanowiły osoby w sile wieku (20-40 lat). Zwykle grypa zabija osobniki bardzo młode, stare lub osłabione; w przypadku hiszpanki było inaczej.

Pandemia grypy w latach 1918-1919 doprowadziła do poważnego kryzysu gospodarczego. Aby wyobrazić sobie skalę tego zjawiska można prześledzić epidemie AIDS, które również dotykają młodych, zdolnych do pracy mężczyzn i kobiety w wieku reprodukcyjnym. W jednym z krajów subsaharyjskiej Afryki, który nawiedziła epidemia AIDS w 2009 roku, rok później zyski z gospodarki były o 22 proc. niższe.

Co by było, gdyby podobna pandemia, jak wymienione wcześniej, wybuchła teraz, w XXI wieku? W średniowieczu Ziemię zamieszkiwało zaledwie kilkaset mln osób, w 1918 r. było ich 1,8 mld, a teraz jest nas ponad 7 mld. W przypadku wybuchu pandemii wirusa podobnego do hiszpanki, liczbę osób zarażonych i ofiar śmiertelnych można by liczyć w setkach milionów. Przemysł, produkcja żywności i inne oznaki naszej gospodarki światowej poważnie by ucierpiały. Zyskałoby środowisko, które jest teraz zanieczyszczone do granic możliwości. Rejony Afryki, które regularnie są nawiedzane przez epidemie AIDS, mają najniższe emisje gazów cieplarnianych na świecie.  Taką skutecznością nie może pochwalić się nawet światowy kryzys finansowy. Od momentu jego rozpoczęcia w 2008 r. roczna emisja gazów cieplarnianych z sektora energetycznego spadła z 29,3 GT do 29 GT. Pandemia byłaby o wiele efektywniejsza.

Mniej osób oznacza mniej produkcji wszystkiego - od żywności do tworzyw sztucznych. To z kolei łączy się z mniejszą emisją odpadów przemysłowych, mieszkalnych i gruntowych. Środowisko się oczyszcza, niewiele gatunków flory i fauny ginie, a przyroda - jak wspomniałem wcześniej - regeneruje się.

Ale co by było, gdyby pandemia okazała się naprawdę skuteczna, zabijając 80-90 proc. naszego gatunku? Gęsto zaludnione miasta zostałyby praktycznie w całości zdziesiątkowane, a ocalałyby najprawdopodobniej odległe i odizolowane od stałych kontynentów wyspy. W efekcie taka pandemia mogłaby oznaczać kres zaawansowanej cywilizacji, przynajmniej na jakiś czas. Mimo że brak przemysłu natychmiastowo wpłynąłby na emisję gazów cieplarnianych (a raczej jej brak), globalna temperatura nie uległaby zauważalnej zmianie jeszcze przez wieki, głównie z powodu długiego utrzymywania się poziomu dwutlenku węgla w powietrzu. Zyskałaby bioróżnorodność, gdyż odnawiająca się przyroda, bez ingerencji człowieka - polowań i zanieczyszczeń - wykształciłaby nowe gatunki zwierząt. W innych okolicznościach chciałoby się rzecz, że właśnie tego nasza planeta potrzebuje... Tutaj byłby to pierwszy krok ku autodestrukcji.

Najlepsze tematy