Jak PRL pogrążyła polskiego geniusza komputerowego

Polska dała światu niedocenionego geniusza elektroniki - Jacka Karpińskiego. Jego fascynująca historia pokazuje, jak władza ludowa PRL nie potrafiła wykorzystać tak niesamowitego talentu.

Wśród asów światowej branży komputerowej nie brak nazwisk, które brzmią swojsko w naszych uszach. Znacie Jacka Tramiela/Trzmiela, na pewno słyszeliście też o niejakim Stevie Wozniaku. Ale czy wiecie, że była szansa, by największą gwiazdą w tej dziedzinie, większą niż Gates i Jobs razem wzięci, został polski inżynier Jacek Karpiński?

Reklama

Nasz bohater urodził się w 1927 roku... w Turynie. Jego rodzina po paru latach powróciła do Polski, a Jacek zawsze deklarował, że urodził się Polakiem i Polakiem umrze. I miał ku temu sporo okazji, gdyż po wybuchu II wojny światowej działał w konspiracji, w Szarych Szeregach. Zaczynał od aktów sabotażu, by awansować do grup szturmowych i wreszcie słynnego batalionu "Zośka". Na jego piersi trzykrotnie zawisł Krzyż Walecznych (plus jeszcze kilka innych odznaczeń). W powstaniu warszawskim został bardzo ciężko ranny w kręgosłup.

Zdolny fachowiec, ale z AK...

W roku 1946, ledwo wyleczywszy się z ran, został studentem Politechniki Łódzkiej. Tam połknął bakcyla informatyki. W 1951 roku z tytułem magistra inżyniera opuścił uczelnię z głową pełną pomysłów.

Niestety, AK-owska przeszłość sprawiła, że gdziekolwiek się zatrudnił, szybko okazywało się, że jego stanowisko akurat ulega redukcji... Dopiero w połowie lat 50. ten zdolny inżynier znalazł pracę, w której doceniono prezentowany przez niego potencjał (Instytut Podstawowych Problemów PAN).

Artykuł pochodzi z magazynu CD Action - numer 04/2011

Początkowo współtworzył pierwsze aparaty do ultrasonografii (USG), ale szybko pokazał pazur, konstruując AAH (Analogowy Analizator Harmonicznych [Fouriera]), czyli rodzaj komputera służącego do długoterminowego prognozowania pogody.

Wkrótce udowodnił, że stać go na dużo więcej, tworząc AKAT-1, pierwszy na świecie tranzystorowy analizator układów różnicowych. Ta konstrukcja sprawiła, że Polska Akademia Nauk nominowała go jako polskiego kandydata do światowego konkursu UNESCO dla młodych naukowców.

Karpiński zdemolował rywali i zdobył jedno z sześciu stypendiów, dzięki czemu studiował na Harvardzie i w mekce ówczesnej informatyki, czyli amerykańskim MIT (Massachusetts Institute of Technology).

Czym się tam wykazał, tego dokładnie nie wiemy, dość, że po 2 latach zachwyceni Amerykanie zaproponowali mu stały etat. Karpiński jednak uważał, że nie po to walczył i przelewał krew za Polskę, by ją porzucić i pracować dla innego kraju.

Po powrocie do ojczyzny wena go nie opuszczała. Zatrudniwszy się w Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN, stworzył tzw. perceptron, czyli rodzaj samouczącej się sieci neuronowej, opartej na 2000 tranzystorów, umiejącej rozpoznawać otoczenie za pomocą kamery. Była to druga taka konstrukcja na świecie.

Z bliżej jednak nieznanych powodów (czytaj: zapewne z ludzkiej zawiści) znów zaczął mieć rozmaite problemy w pracy i jego projekt nie był kontynuowany. (Chociaż trzeba tu dodać, że imć Karpiński język miał niewyparzony - walił prosto w oczy to, co myślał, i kłaniać się w pas władzy ludowej i przełożonym nie lubił, co na pewno nie pomagało mu w karierze).

W 1965 roku przyprawił parę osób o ból głowy, wyskakując przed szereg z projektem KAR-65 - minikomputera pracującego z prędkością 100 tysięcy operacji na sekundę. Był on nie tylko 2 razy szybszy niż ówczesna duma polskiej informatyki, czyli komputer Odra, ale też 30 razy tańszy w produkcji!

W normalnym kraju twórca takiego osiągnięcia już wtedy zostałby milionerem. Ale że to był PRL, komputer wyprodukowano w liczbie sztuk - UWAGA - 1! Egzemplarz ten wykorzystywany był aż do lat 80. w Instytucie Fizyki UW. Dlaczego tak się stało? O tym za chwilę, gdy dojdziemy do największego skandalu w dziejach polskiej informatyki, a być może i polskiej nauki w ogóle.

Tego się nie da zrobić!

W 1969 roku Jacek Karpiński zaszokował otoczenie, twierdząc, iż da radę skonstruować minikomputer mieszczący się w walizce i mogący pracować w dowolnych warunkach. Przypomnijmy, że wówczas komputery były ogromnymi pudłami wielkości solidnych szaf na ubrania, pracującymi w specjalnie klimatyzowanych pomieszczeniach, obsługiwanymi przez rzeszę pracowników w białych fartuchach.

Zebrała się specjalna komisja, składająca się z naukowców (czy może raczej "naukowców") i partyjnych notabli. Po głębokim rozważeniu problemu, czyli zapewne wypiciu herbaty Ulung i zerknięciu na portrety Lenina oraz Marksa, komisja orzekła, że... takiego komputera skonstruować się nie da. A koronny argument intelektualnej elity socjalizmu brzmiał mniej więcej tak: "Gdyby to było możliwe, Amerykanie już dawno by to zrobili". Krótko mówiąc: "Obywatelu, nie zawracajcie nam gitary i nie marnujcie swego i naszego czasu na jakieś brednie rodem z filmu fantastycznego. Komputer w walizce? To może jeszcze bezprzewodowy telefon wymyślicie?".

Jacek Karpiński był jednak człowiekiem upartym. Razem z kilkoma takimi jak on zapaleńcami opracował projekt komputera, który objawił się światu na początku lat 70. XX wieku jako K-202.

Nauczony doświadczeniem inżynier plany owej maszyny pokazał w 1971 nie Polakom, a Anglikom w Londynie. Tym opadły z wrażenia szczęki i natychmiast chcieli zacząć jego produkcję. Jacek Karpiński, którego 25 lat życia w PRL nadal nie wyleczyło z romantycznego patriotyzmu, oświadczył, że zgoda, ale pod warunkiem, że produkcja będzie miała miejsce w Polsce, żeby jego kraj miał z tego korzyści.

Bo, wicie, on za dobry jest...

Gdy Anglicy zwrócili się do rządu PRL z oficjalną prośbą o umożliwienie im produkcji K-202 w kooperacji z polskim przemysłem, nie dało się już powiedzieć "tego się nie da zrobić" ani zamieść sprawy pod dywan. Szczególnie że ówczesny partyjny "number one" w PRL dał projektowi zielone światło. Chcąc nie chcąc (acz raczej nie chcąc, z powodów, które zaraz wyłuszczę) rozpoczęto więc produkcję K-202 w zakładach Era pod kierownictwem jego twórcy.

Pierwsze egzemplarze komputera trafiły wkrótce do polskich fabryk i zakładów badawczych, budząc wielki entuzjazm użytkowników. I to był właśnie gwóźdź do trumny K-202. Dlaczego? Ponieważ był: za dobry, za szybki, za łatwy w produkcji i za tani (ok. 1800 dol./sztuka). Serio.

W Polsce tworzono już przecież ociężałe Odry oraz radziecki system komputerowy (mainframe), bazujący na klonach IBM-360, zwany RIAD. Co z tego, że były większe, gorsze, wolniejsze i dużo droższe niż K-202? A kogo w socjalizmie obchodziły realne koszty i paskudne kapitalistyczne wymysły, takie jak zysk czy rentowność? Liczyło się wykonanie i przekroczenie planu produkcji, sprawozdawczość, no i to, żeby każdy koniecznie miał pracę.

Dowiedz się więcej na temat: Polska Rzeczpospolita Ludowa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje